JEDEN JEST NARÓD POLSKI - WIODĄCY PROJEKT RUCHU RODAKÓW

NASZE DROGI - Z Sanoka do Meksyku - Zygmunt Haduch

 


* Julian Krok - CV

* Julian Krok w Polsce 2005

* Niech Pani coś napisze... - Ryszarda Pelc




 

 

 

 

 

Zapraszamy Państwa do nadsyłania swoich wspomnień o przebytych drogach,
o Waszych doświadczeniach emigracyjnych.

Z Sanoka do Meksyku - Zygmunt Haduch

Najpierw była bieda

Zawierucha wojenna wypędziła nas z rodzinnego domu w Płowcach. W kilka rodzin, drabiniastymi wozami, tułaliśmy się po lasach i wsiach w dolinie Sanu gdzie wojna jakby nie dotarła. Międzybrodzie, Dobra, Końskie. Mówiło się: "jedziemy na uciekinierkę". Przed losem jednak nie można uciec. Front 1944 roku zmiótł domy najbardziej wystawione na strzał. Spłonęło pól wsi. Z gospodarstwa rodziców
na górce w Płowcach ocalała wiekowa kapliczka z polnego kamienia i dwie stare lipy. Moje wspomnienia najwcześniejszego dzieciństwa zaczynają się szokiem. Pamiętam bezsilną rozpacz rodziców którzy z góry parkowej w Sanoku obserwowali jak pożar trawi dorobek ich życia.

-"Choczesz posmatrit?"- pytał ojca ruski starszyna podając lornetkę.

Bieda i heroizm dwojga ludzi, którzy ze zgliszcz odbudowywali swoją i dzieci przyszłoś. Ja siedziałem na popiołach i prostowałem gwoździe potrzebne do budowy nowego domu. Chylę głowę nad mogiłami moich Rodziców, którzy zawsze byli i będą wzorem prawości, uczciwości i pracowitości. To oni pokazali mi, że pracą i tylko pracą można zbudować swoją i rodziny przyszłość.

potem pobieranie nauk

Nauki pobierałem w kilku szkołach. Była więc Szkoła Podstawowa i Liceum Ogólnokształcące
z którego przeniosłem się do Technikum Mechanicznego, bo nie podobała mi się nauka łaciny.
Cóż za przewrotność losu, teraz prowadzę wykłady w języku hiszpańskim którego korzenie, obok włoskiego, są najmocniej związane z łaciną.

Moje zainteresowania mechaniką to przede wszystkim tradycje rodzinne. Ojciec pokazywał mi jak działa silnik spalinowy na gas ziemny, z kołem zamachowym sięgającym pierwszego piętra w młynie, a brat od dzieciństwa grzebał w motocyklach i samochodach. Niemały jednak wpływ miał ksiądz katecheta Stanisław Lechowicz, który w swoim mieszkaniu pokazywał swoim uczniom miniaturkę kolejki z najprawdziwszą lokomotywą która buchając parą ciągnęła wagoniki po szynach ustawionych na stole.

Technikum Mechaniczne w Sanoku które w tym roku obchodzi swój jubileusz 50-lecia miało szczęście do dobrych pedagogów. Doskonali nauczyciele zawodu dali mi podstawy z przedmiotów zawodowych
i rysunku technicznego na całe życie.

Profesorem który budził jednocześnie strach i podziw był inż. Roman Niedzielski - Dziekan Wyższej Szkoły Inżynierskiej WSI w Rzeszowie. On to chciał pogodzić naukę z praktyką, problem wiecznie dyskutowany w procesie kształcenia inżynierów. Zgodnie z propozycją Prof. Niedzielskiego studenci po zdaniu egzaminu przedwstępnego byli kierowani na roczną praktykę do zakładów pracy. Ten doskonały pedagog wiedział co robi. Jednym z najważniejszych, najbardziej twórczych czynników naszych działań jest motywacja. Myśl była prosta; spróbuj pracy jako robotnik w fabryce gdzie po skończeniu studiów możesz pracować jako inżynier i sam oceń czy warto się uczyć. Jaka szkoda, że nie mogę wobec moich studentów zastosować tej prostej metody. Pracuję w prywatnym, drogim Uniwersytecie gdzie swoje dzieci wysyłają rodzice klasy wyższej niż średnia. Tata płaci ciężkie pieniądze, a syn męczy się strasznie i nie zawsze rozumie po co tu przyszedł. Brak motywacji u studentów jest chorobą z którą przyszło mi teraz walczyć.

Tak więc po zdaniu jakby egzaminu klasyfikującego na kandydata na studenta znalazłem się
w Fabryce Autobusów w Sanoku "AUTOSAN".

i wychowanie przez pracę

Przez pierwsze 8 miesięcy piłowałem w narzędziowni matryce i wykrojniki.

O obrabiarkach sterowanych przez komputer nikt wówczas nie słyszał. Chyba najwyższymi cudami techniki były tokarki rewolwerówki i frezarko-kopiarki, nas jednak nie dopuszczano do maszyn bardziej skomplikowanych niż wiertaka. Była to twarda szkoła życia. Moja dziewczyna która przyszła z grupą uczniów Technikum Ekonomicznego zwiedzać fabrykę uciekła w popłochu zobaczywszy smolucha
w roboczym kombinezonie. Ponieważ jednak miałem już dyplom technika mechanika awansowałem
do kontroli technicznej na hali montażu, pracując na nocną zmianę bo frycowe trzeba płacić wszędzie. Dwa lata pracy w fabryce były doskonała praktyką zawodową. Dziś nie łatwo można mi powiedzieć "Panie, tego nieda się zrobić". Doświadczeniem życiowym tego okresu była również doskonała motywacja aby zacząć studiować.

aż stałem się studentem

Tak więc 1-go września 1960 roku otrzymałem Indeks Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej Oddział w Rzeszowie. Miasto awansowało zyskawszy miano akademickiego. Studenci wnieśli młodość, entuzjazm i nowe życie szczególnie "Na Osiedlu" gdzie mieściła się uczelnia. Przyznać trzeba, że władze miejskie zadbały o swoich pierwszych dziennych studentów. Restaurację "Przodownik" zamieniono na stołowkę studencką, a jeden z nowowybudowanych bloków oddano na akademik. Szeroko swoje podwoje otworzył Dom Kultury WSK. Tu wyżywaliśmy się na scenie realizując wiele składanek poetyckich, głownie jako oprawa akademii "ku czci", ale byly też ambitniejsze próby jak np. "Pan Tadeusz" z którym to występowaliśmy w kilku miastach ówczesnego województwa rzeszowskiego. Mnie przyszło kreować tytułową rolę i jak przykazał Wieszcz Adam podkochiwałem się nie na żarty w ciotce Telimenie. A była warta grzechu..

Nie zabrakło działalności społecznej. Na zakładanie pierwszych struktur Zrzeszenia Studentów Polskich, tej wówczas jeszcze pradziwie społecznej organizacji studenckiej, nie skażonej politycznie zjechała niemal cała Rada Uczelniana ZSP PK z Januszem Naborczykiem i Jurkiem Jaskulskim na czele. Politechnika chwaliła się wówczas pierwszym w Polsce Samorządem Studenckim w akademikach. Z tych wzorów zaczerpnęliśmy tworząc organizacje studenckie w Rzeszowie. Robiąc to wszystko zabrakło czasu na naukę, więc popadliśmy w konflikt ze wspomnianym już prof. Niedzielskim pedagogiem dysponującym ogromną wiedzą i niezwykle wymagającym. A ponieważ z braku kadry wykładał on 5 czy 6 najważniejszych przedmiotów to kto mu podpadł nie miał szans na zaliczenie semestru. Wysłał więc kilku najaktywniejszych w pracach pozaszkolnych, ale nie przykładających się zbytnio do nauki na "reedukację socjalną" do fabryki WSK w Rzeszowie. WSK-Wytwórnia Sprzętu Komiunikacyjnego, tak zakamuflowano nazwy fabryk produkujących broń lub osprzęt dla armii Wielkiego Brata, ZSRR. Ta w Rzeszowie produkowała silniki odrzutowe do rosyjskich samolotów MIG. Miałem więc znów doskonała okazję na konfrontację mojej wiedzy i postawy życiowej z konkretnymi warunkami w zakładzie pracy o wojskowej dyscyplinie i bardzo wysokim poziomie technologicznym. Raz jeszcze przekonałem się jak ważna jest, szczególnie w naukach technicznych, konfrontacja teorii z praktyką. Produkcja silników odrzutowych to nie to samo co robić miotły czy gliniane garnki. Dziękuję więc profesorowi Niedzielskiemu za wysłanie mnie na tą praktykę. Kiedy jednak nadarzyła się okazja na kontynuowanie studiów w Krakowie, skorzystałem skwapliwie.

i zakochałem się w Krakowie

Zakochałem się od pierwszego wejrzenia w prastolicy Polski. Chłonąłem jego historię i kulturę, żyłem niepowtarzalną atmosferą tego wspaniałego miasta, byłem na bieżco ze wszystkimi najważniejszymi wydarzeniami kulturalnymi. Klub studencki "Pod Jaszczurami" , Piwnica Pod Baranami, filharmonia, teatry profesionalne i studenckie - to wszystko fascynowało, powodowało radosny zawrot głowy, było strawą potrzebną do mego rozwoju. Wkrótce pozycję biernego widza zmieniłem na aktywne działania
w organizacji studenckiego życia kulturalnego jako przewodniczący Komisji Kultury w Radzie Uczelnianej ZSP PK. Wspaniały okres dynamicznej działalności. Powstał Klub Pod Przewiązką
w domu studenckim przy ulicy Bydgowskiej, Klub Tańca Towarzyskiego inaugurowany przez niezapomnianego dla Krakowa Profesora Wieczystego. Juwenalia w jubileuszowym roku 600-lecia Uniwersytetu Jagielońskiego fetowaliśmy tydzień.

Ach, te Rajdy Politechniki Krakowskiej! Przemierzyliśmy niemal wszystkie szlaki turystyczne Polski południowej. Z drużyną rajdową, której duszą był Jurek Kozłowicz, śpiewaliśmy przy ogniskach lwowskie piosenki. Drużyna nazywała się "Ta Jojki" od słow piosenki ... "Ta Joj mnie nazywają gdziekolwiek znajdę się..." Łza się w oku kręci.

Kiedyś jednak trzeba było ukończyć studia. Byłem zbyt wolnym człowiekiem, aby zamkną się
w jakieś fabryce i żyć rytmem od 7-mej do 3-ciej. Wybrałem staż asystencki na Wydziale Mechanicznym PK. Pieniądze marne, ale wolność czasowa, z czasem okazało się, że pozorna
i wcale nie oznacza mniej pracy. Wręcz przeciwnie, aby dojś do tytułow i zaszczytów naukowych trzeba pracować znacznie więcej niż w innych dziedzinach. Pierwszy szef obłożył mnie furą książek
i kazał się uczyć. I tak już zostało do dziś.

Asystentura, potem doktorat i zasmakowanie w twórczej pracy, uczenie się coraz więcej , wgryzanie się w problem, sympozja, konferencje krajowe i międzynarodowe na których spotykało się ludzi z tej samej branży i można było dyskutować godzinami interesujące nas problemy. Tu okazało się koniecznym znać języki. Rosyjski znałem nieźle i w pracy naukowej, szczególnie w naukach technicznych, jest on bardzo przydatny. Gdy jednak dostałem stypendium na realizowanie badań do doktoratu w Zagrzebiu musiałem nauczyć się serbochorwackiego. Procentowało to przez wiele lat. Spodobał mi się kraj i ludzie. Byłem inicjatorem wymian grup studenckich i pracowników. Politechnika podpisała kilka umów o współpracy z uniwersytetami w Jugosławi. Jeździliśmy więc na praktyki studenckie i konferencje, ale też zimą na narty w przepiękne Alpy Julijskie, a latem pływaliśmy
w błękitnych wodach Adriatyku. Jugosłowianie chętnie przyjeżdżali do nas na Sylwestra i ... no cóż, na dziewczyny. Polki zawsze i wszędzie są atrakcyjne. Mam na sumieniu wydanie dwu Polek za mąż. Szczęśliwie żyją na Bałkanach . Czuję nieopisany żal z powodu bezsensownej wojny i zniszczeń pereł historii takich jak Dubrownik czy Mostar.

chyba jednak bez wzajemności

Politykiem nigdy nie byłem i być nie chcę. Każda polityka w którymś momencie jest brudna mimo głoszonych najwspanialszych idei demokracji i prawa. W jakiś sposób należę do ..."pokolenia utraconych złudzeń"... jak to, śpiewał Fronczewski. Po stłumienu zrywu lat osiemdziesiątych zwątpiłem w możliwoś zmiany systemu. Kiedy więc Polserwis zaoferował mi pracę w Meksyku, nie zastanawiałem się zbyt długo, może dlatego, że nie chciałem należeć do ... "generacji zmarnowanych szans"..., że znow zacytuję Fronczewskiego. Finansowo oferta nie była żadną atrakcją, a wręcz okazała się być plajtą. Zapisałem się na przyspieszony kurs hiszpańskiego na Uniwersytecie Jagielońskim i postanowiłem - jadę. Kontrakt dwuletni, można zaryzykować.

aż ruszyłem w świat jako Wolny Najmita

1-go kwietnia 1985 roku wylądowałem na lotnisku największego miasta świata México Distrito Federal. "Prima aprilis" trwający już dwanaście lat i nigdy nie przypuszczałbym, że zagrzeję tu dłużej niż 2 lata. Los, jak wiemy, bywa przewrotny. Odebrał mnie przedstawiciel Polserwisu, aby natychmiast po przejściu kontroli paszportowej oddać w ręce dwu kolegów. Andrzej Zielinski, kolega z PK, przebywał tu wówczas na stypendium a Janek Pardubicki to człowiek - historia polonii meksykańskiej. Okazało się, że przyjechałem nie w porę, bo studenci mają akurat dwa tygodnie wakacji z okazji świąt wielkanocnych. Zwiedzałem więc miasto - moloch fotografując wszystko. Trzeciego dnia mój aparat fotograficzny stał się objektem ataku dwu opryszków. Miałem nóż przy żebrach, ale wówczas jeszcze biegałem szybko i zostawiłem napastników z kawałkiem paska odciętego od futerału.

Cokolwiek by nie powiedzieć o Meksyku będzie prawdą; że piękny i brzydki, że biedny i bogaty,
że zimny i upalny, i tak dalej - kraj kontrastów. Róznice bywają tak skrajne, że zaczynając pisać
o Meksyku zastanawiam się czy czytelnik nie znający realiów tej części świata da wiarę pisanemu słowu. Niemniejsze wątpliwości mam czy tak naprawdę i do końca wiarygodne będą się wydawać moje meksykańskie awantury. (Aventura, to po hiszpańsku przygoda). No bo kto uwierzy, że zaproszony przez rząd meksykański, reprezentowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, do pracy jako nauczyciel akademicki pierwszy rok przeżyłem tylko dlatego, że znalazłem schronienie , wikt
i opierunek, w klasztorze braci La Salle. Poprostu, nie płacono mi pensji. Biurokacja meksykańska jest tak bezwładna, że walczyłem 8 (słownie; osiem) miesięcy o wypłacenie pierwszych poborów. Polserwis i polska ambasada były tu też bezsilne. Powie czytelnik; "mógł wrócić". Może i mogłem, miałem bilet powrotny. Szkopuł w tym, że kupiłem go za pożyczone pieniądze i nie mogłem wrócić, bo niemiałbym co oddać przyjaciołom.

Uczyłem się nowego kraju, zwyczajów i obyczajów, poznawałem krajobraz, przyrodę, "naturaleza"
i ludzi w tą naturalność wtopionych. Wszystko inne, od jedzenia, przez ubranie aż do jednoosobowej kuszetki w pociągu którym przejechałem 1000 km z miasta Meksyk do Saltillo, na północy kraju.

Wchodząc cały spięty do gabinetu szefa w Instituto Tecnologico de Saltillo, gdzie kierowało mnie zaproszenie, układałem sobie po hiszpańsku treść powitania. Tymczasem siedzący za biurkiem szeroko uśmiechnięty młody człowiek wyciągając rękę powiedział: "Ja sam José, my se tu wszechni tikamo". Lody natychmiast zostały przełamane. Okazało się, że Józek robił doktorat w Czechosłowacji, ma żonę z czeskich Budziejowic i mogliśmy sobie rozmawiać mieszając polski , czeski i hiszpański. Meksykanie są otwarci, od pierwszego momentu dają ci jakby kredyt zaufania. Można go wykorzystać lub ograniczyć, jakimś nieczystym posunięciem. Jak w banku. Z reguły od pierwszego momentu przechodzą na "ty", a zapraszając do domu zawsze dodają "który jest Twoim domem". Od pierwszego momentu jesteą AMIGO- przyjaciel, bywa, że to słowo jest nadużywane, ale mam naprawdę prawdziwych przyjaciół na których zawsze można liczyć.

Klasztor La Salle był oazą spokoju. W takich miejscach Waldemar Łysiak pisaŁ swoje "Wyspy bezludne". PracowaŁem na "póŁ pary" przy projektach, poświęcając czas raczej na naukę języka. Pokoik w klasztorze miał ściany wytapetowane tablicami z gramatyką hiszpańską, słówkami
i zwrotami. To był rok spokoju, ukojenia nerwów, tak bardzo mi potrzebny ze względu na stan zdrowia. Przyjechałem do Meksyku znerwicowany z poważną arytmią serca. Dwukrotnie pogotowie ratunkowe Czerwonego Krzyża wyciągało mnie nieprzytomnego spod biurka i wywoziło do szpitala. Jakże sarkastycznie brzmią w tym kontekście słowa które usłyszałem kiedyś na rodzimej uczelni w Krakowie ;" ten Haduch to się urządził". Każdy mógł się tak "urządzić". Z listy sześciu polskich naukowców zaproszonych przez Meksyk przyjechały dwie osoby. Inni zapewne wiedzieli ile trzeba zapłacić za to "urządzenie się". Przeżyłem. Urządzać się, w całym tego słowa znaczeniu, musiałem gdy po roku przyjechała do mnie żona z dwiema córkami. Wynajęliśmy dom do którego trzeba kupić było wszystko od łyżki i naczyń kuchennych po firanki i materace położone do spania na podłodze, bo na łóżka już nie starczyło pieniędzy.

W Krakowie mieliśmy pralkę automatyczną, tutaj żona wróciła do prania ręcznego bo pralka była poza zasięgiem moich możliwości a samochód był wogóle marzeniem. Zdrowiej jest chodzić na piechotę. Starsza córka chodziła jako wolny słuchacz do szkoły ze słownikiem pod pachą, aby osłuchać się języka. Tragedię przeżywała ośmioletnia Małgosia. Była nieprawdopodobną gaduł, taka której to buzia nie zamyka się całymi dniami. Gdy więc tą słodką papużkę zaprowadziłem do 2-giej klasy szkoły podstawowej umiała powiedzieć po hiszpańsku pięć słów: "soy Polaca, no hablo espańol". Wracała codziennie z płaczem do domu; "jutro nie pójdę do szkoły, nie rozumiem co mówi Pani nauczycielka, nie mogę rozmawiać z koleżankami....." Trzeba było wiele spokoju, wyrozumiałości otoczenia i pracy dziecka aby to przetrzymało, przełamało uwierzyło w siebie i swoje siły. Uwierzyła. Po czterech miesiącach umiała się porozumieć, potem przeskoczyła jedną klasę z 3-ciej (polskiej) do piątej meksykańskiej którą ukończyła jako najlepsza uczennica w klasie.

Meksykańska "dolina łez" była dłuższa niż to można opowiedzieć w tego typu tekscie, zresztą mam wątpliwości czy wogóle da się wszystko opowiedzieć. Z daleka, na kolorowych widokówkach, czy oglądany okiem turysty każdy kraj wygląda pięknie. Życie jest twardsze niż możnaby przypuszczać. Bywa, że my jesteśmy jednak jeszcze twardsi. Myślę, że ja byłem. Pisząc te słowa pracuję
w Departamencie Inżynierii w UNIVERSIDAD DE MONTERREY, dobrym uniwersytecie prywatnym jako jeden z 13 Profesorów Tytularnych na ok. 140 profesorów pełnoetatowych i ponad 500 kontraktowanych na określone zajęcia. Ponieważ dla mnie nie ma już awansu do wyższej grupy uhonorowano mnie członkowstwem Komitetu Klasyfikacyjnego Profesorów. Dzięki tej pracy podróżowałem niemało. Poznałem Meksyk od granicy z Kalifornią (Tijuana) po piękne plaże na Karaibach. Jeździłem na kongresy w Hiszpanii, Brazylii i dalekim Chile, gdzie miałem zaszczyt być goszczonym przez wpaniałego przedstawiciela polskiej dyplomacji Ambasadora Polski w Santiago de Chile Dra Zdzisława Ryna profesora Fakultetu Medycyny UJ. Wyjazdy do Stanów Zjednoczonych traktujemy tu jak rutynowe wyjazdy do sklepu na zakupy. Do granicy na Rio Grande mamy 230 km

sławiąc imię PK

Pracuję z pełną satysfakcją i ze świadomością, że jestem potrzebny w tym kraju, dobrze prezentuję kraj któremu na imię POLSKA i wystawiam dobre świadectwo mojej szkole POLITECHNICE KRAKOWSKIEJ. Jak wiele Jej zawdzięczamy my absolwenci, przekonujemy się zwykle po latach. Przygotowanie zawodowe jest bezdyskusyjne. Jeśli ktoś tylko chciał się uczyć, mógł wyjść dobrze przygotowany do rozwiązywania aktualnych problemów w przemyśle. Oczywiście wiedzę należy aktualizować i szczególnie my pracujący w nauce obserwujemy ogromne przyspieszenie rozwoju technologii. Zaczynając studia liczyłem na suwaku logarytmicznym, te słowa piszę na komputerze najnowszej generacji który za rok będzie przeżytkiem i znów będę musiał uczyć się na nowo obsługi jakiegoś nowego stwora o możliwościach o których dziś nam się nie śni. Dzięki wiedzy nabytej w PK nie boję sią atakować problemów bywa, że skomplikowanych w przemyśle. Wszystkie prace dyplomowe które prowadzę pochodzą z zakładów lub są tematami nowatorskimi do zastosowania. Pięć nagród w konkursach na prace dyplomowe świadczy najlepiej o ich wartości.

Z Politechniki Krakowskiej, jako jej student i pracownik wyniosłem wartość cenną; etykę zawodową. U profesorów tej klasy co prof. Rudnik, Walczak, Życzkowski, niesposób wymienić wszystkich, nie było pardonu, albo umiesz i przechodzisz albo powtarzasz: egzamin, przedmiot, semestr. W Meksyku nauczycieli dzieli się na dwie kategorie: perro i barco (pies i łodka). Należę do tej pierwszej. Wymagam od siebie, daję pełny przegląd problemów w wykładanych przedmiotach, ale i nie toleruję bezmyślności i braku przygotowania. Rzadko się zdarza, że ktoś ze studentów reklamuje moją klasyfikację
z egzaminów. Mam pełną satysfakcję, gdy już dojrzali studenci starają się u mnie robić dyplom. Motywacja jednego z nich. "...bo u Pana mogę się dużo nauczyć i Pan jest zawsze do dyspozycji." Znacznie łatwiej być bujającym się na falach, szczególnie, że tym sposobem niektórzy zabiegają
o dobrą ocenę studentów. Tak! Jesteśmy oceniani przez studentów i ten czynnik ma zasadnicze znaczenie w np. podwyżkach pensji.

W trakcie pisania tego artykułu zadzwoniła matka jednego ze studentów, który wczoraj obronił dyplom. "Dziękuję Bogu, że mój syn miał szczęście trafić na takiego nauczyciela jak Pan".

służąc ludziom

Z PK wyniosłem również żyłkę działalności społecznej. Hasło przewodnie w moim uniwersytecie brzmi: "El hombre sólo se realiza al servicio del hombre"- człowiek realizuje się tylko służąc człowiekowi. Aby służyć lepiej zainicjowałem założenie Związku Polaków i Przyjaciół Polski w Meksyku. Rozwijamy więc działalność polonijną która może służyć nam polskim imigrantom i Polsce.

również jako ambasador polskiej nauki i kultury

Meksyk jest krajem otwartym dla nauki i kultury. Naturalnie największe powiązania są z sąsiadem zza rzeki. W USA Meksykanie robią doktoraty, w Meksyku prosperuje wiele firm amerykańskich. Naukowcy amerykańscy przyjeżdżają raczej na krótkie sympozja lub konferencje bo pensje profesorskie nie są konkurencyjne, chociaż w UDEM prawie wszyscy nauczyciele angielskiego wywodzą się ze Stanów. Naukowcy z Europy są chętnie widziani. Seminarium "Technologie zaawansowane w Polsce" wzbudziło zainteresowanie. Uczestniczyli w nim m.in. Profesorzy Antoni Pasierb i Józef Zasadziński z AGH, Dr R.Moszumański, Dr. Piotr Rusek - też absolwent PK. Na inny kongres został zaproszony Dr Tadeusz Liszka który prezentował zastosowania metody elementów skończonych i z którym wspólpracujemy, bowiem mieszka "za miedzą" w Austin, w Texasie.

Inną dziedziną naszej tu działalności jest "ambasadorowanie" polskiej kulturze. Za sprawą poloni publiczność Monterrey oklaskiwała (bywało, że gorąco i na stojąco) Trio Chopin, orkiestrę Camerata Vistula, Zespół Piesni i Tańca Akademii Rolniczej z Lublin,a a ostatnio Balet Form Nowoczesnych AGH który uzyskał bardzo dobre recenzje w prasie.Tak więc jesteśmy obecni we wielu dziedzinach,
i chociaż polityka mnie nie interesuje nasz związek pomógł w zorganizowaniu spotkania z Lechem Wałesą, dzięki któremu Polska nie schodziła z czołówek gazet przez tydzień.

Na koniec chcę znów zacytować słowa piosenki. Rosiewicz spiewał kiedyś; "Pytasz mnie co naprawdę mnie tu trzyma?"............. na to pytanie nie potrafię dać odpowiedzi w pełni wiarygodnej.

Dr. inż. Zygmunt Haduch Suski
UNIVERSIDAD DE MONTERREY

23. 02. 2006r.
RODAKpress








RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Docz do nas - Aktualnoi RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrocie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet