Toreadorzy Hitlera i inni - Prof. Marek Jan Chodakiewicz

 

Modlę się za młodych
Toreadorzy Hitlera i inni

Nazbierało mi się trochę książek polskich, głównie o II wojnie światowej, o których chciałbym Państwu poopowiadać. Dawno temu czytałem w gazetce podziemnej spod niemieckiej okupacji o przypadku, gdy bodaj jesienią 1941 r. na stacji kolejowej w Grodnie wypadła z pociągu gromada żołnierzy hiszpańskich i sklepała miskę Niemcom. Bójka była poważna, bo w ruch poszły nie tylko pięści, ale również saperki i bagnety. O co poszło? Niemcy maltretowali Żydów, co nie spodobało się Hiszpanom. I dali Szwabom łomot. 

Chciałem się więcej o tym dowiedzieć. Dlatego ucieszyłem się, że jakiś czas temu mój przyjaciel wydał krótką książkę o Hiszpanach na froncie wschodnim. Teraz dokonał jej totalnej rewizji, znacznie poszerzył i zilustrował przebogato oraz zaopatrzył w niezbędne mapy. Jak to się mówi: labor of love – Wojciech Jerzy Muszyński „Toreadorzy Hitlera: Hiszpańscy ochotnicy w Wehrmachcie i Wafen-SS, 1941-1945” (Capital, Warszawa 2019). 

Skąd toreadorzy? Motto książce dostarczył kapral José García Moreto: „Siedzisz sam w swoim płytkim dołku strzeleckim, przemarznięty do szpiku kości. Jedno co przykuwa twoją uwagę, to nadjeżdżający z oddali bolszewicki czołg. Ziemia drży, stalowy potwór jest coraz bliżej, a ty w rękach trzymasz Pancerfaust. Jesteś tak przemarznięty, że chłód stali parzy dłonie przez rękawice. Czołg się zbliża, a ty nie czujesz już zimna, tylko pot spływający po plecach. Gdy jest o 30 metrów od ciebie, wychylasz się ze swego ukrycia i bierzesz go na cel. Jak toreador w ostatnim akcie corridy: albo powalisz byka jednym pchnięciem, albo stalowe bydle zrobi z ciebie miazgę. Dookoła bitewny zgiełk, padają pociski, wybuchają granaty, słychać wrzask rannych i wycie czerwonej tłuszczy: Urra! Ale wtedy była w nas wewnętrzna cisza i spokój, jak u toreadora, gdy stoi sam ze szpadą na środku areny. Tak, czuliśmy się toreadorami i byliśmy nimi dosłownie, gdy samotnie niszczyliśmy sowieckie T-34 w samym środku bitwy. To był wspaniały moment triumfu, choć nie było muzyki i nikt nie bił nam braw”. Trzeba sobie to wyobrazić i nie ma lepszej w tym pomocy niż zdjęcia hiszpańskich antykomunistów w sowieckich, trofiejnych uszankach.

Jak Hiszpanie znaleźli się w Sowdepii? Sprawa dla współczesnych skomplikowana, dla nich prosta. W 1936 r. w Hiszpanii władze przejęła lewica wybrana demokratycznie. Ale skrajne elementy lewicowe zaczęły kampanię terroru. Chronione przez państwo uderzyły w przeciwników politycznych, warstwy posiadające, oraz w Bogu ducha winny Kościół katolicki. Atakowano wiernych, palono kościoły. Kościół traktowano jako symbol „reakcji”. 

Kraj pogrążał się w anarchii. Armia zdecydowała się uspokoić sytuację poprzez zamach stanu. Nie udało się. Niezdarne wyjście wojska z koszar wywołało czerwoną rewolucję, gdy liberałowie uzbroili radykałów. Komuniści, socjaliści, anarchiści i inni poddali Hiszpanię orgii przemocy i masowych mordów. Armia i narodowo-radykalne organizacje (Falanga) oraz konserwatywno-monarchistyczni ochotnicy (Karliści) kontratakowali. Czerwonych poparł Stalin, Białych Mussolini i Hitler. Po 3 latach wzajemnych rzezi generał Francisco Franco y Bahamonde na czele Białych, antykomunistycznych armii, wkroczył do Madrytu. Zwycięstwo!

Trzeba było teraz kraj odbudować. Jednak wielu antykomunistycznych ochotników nie miało dość wojaczki. Chcieli dalej bić czerwonych. A jednocześnie chcieli przeprowadzać narodową rewolucję w Hiszpanii. Franco jednak zachował neutralność w wojnie. I nie miał ochoty na dalszy radykalizm w kraju. Chciał spokoju. 

Gdy Hitler ruszył na Stalina latem 1941 r., dyktator hiszpański pozwolił, aby 50 000 Hiszpanów na ochotnika zgłosiło się do Błękitnej Dywizji. Rwali się do bicia Sowietów. Dla nich miała to być zemsta za poparcie Stalina dla czerwonych w Hiszpanii, a w tym rzezie sprawione przez kierowane przez komunistów Brygady Międzynarodowe oraz mordy na Hiszpanach z rąk NKWD. Oprócz tego do Dywizji doszlusowali rozmaici łowcy przygód oraz pragnący rehabilitacji żołnierze wywodzący się z armii republikańskiej. Przez walkę przeciw Stalinowi chcieli odkupić swoje winy.

Franco naturalnie identyfikował się z takimi sentymentami, ale przyświecało mu też kilka innych celów. Po pierwsze, pozbywał się radykałów z kraju, którzy nie garnęli się do rekonstrukcji powojennej, a wręcz przeciwnie – swoim fanatyzmem i niespożytą energią destabilizowali kraj. Pozbył się więc takich ludzi, wysyłając ich do Sowietów. Po drugie, Hitler bezustannie naciskał na Franco, aby ten przyłączył się do wojny. Caudillio nie chciał. W tym kontekście La División Azul [Błękitna Dywizja] na froncie wschodnim była alibi, że Madryt po stronie Berlina, w razie gdyby III Rzesza jednak wojnę wygrała. Po trzecie, była to odpłata za pomoc niemiecką i włoską w czasie wojny domowej. Pomoc pro forma powiedzmy, co jedna dywizja mogła bowiem zrobić przeciw całej Armii Czerwonej? 

Okazuje się, że całkiem dużo. Hiszpanie trzymali nawet mocno swój odcinek frontu pod Leningradem. Odwrotnie niż gdzie indziej w Sowdepii, podczas oblężenia Leningradu mieliśmy do czynienia głównie z wojną pozycyjną. Nie brakowało jednak wypadów i wycieczek, oblężeń oraz ataków i kontrataków. Co ciekawe, dr Muszyński pokazuje również dokonania hiszpańskich pilotów. Nie zapomina dodać anegdoty, że Niemcy na powitanie odegrali im przez pomyłkę „hymn republikańskiej Hiszpanii”.

Walki były niesamowicie brutalne i krwawe. A Hiszpanie pełni poświęcenia. W czasie bitwy pod Krasnym Borem w lutym 1943 r. „kapral saperów Antonio Ponte Anido, widząc, że inny pancerny kolos zbliża się do szpitala pełnego rannych kolegów, wybiegł z ukrycia i wsunął pod gąsienicę minę przeciwpancerną, wysadzając się w powietrze razem z czołgiem”. 

Szacuje się, że Hiszpanie zabili około 50 000 Sowietów. Jednak straty w Dywizji były przerażające. Na przykład w czasie bitwy nad jeziorem Ilmen w styczniu 1942 r., z jednej tylko kompanii na 290 żołnierzy wróciło 12. Straty ogólne to 56 proc. stanu, a więc 25 563 Hiszpanów. Do niewoli dostało się jedynie 332, co jest dość niezwykłe. Woleli śmierć od komuny. Gdy renegaci, hiszpańscy komuniści, zachęcali ich przez megafony do mordowania oficerów i poddawania się Sowietom, w odpowiedzi „pokazywane [były] w kierunku, skąd dobiegał głos, obsceniczne gesty, stek przekleństw i gromki okrzyk bojowy: ¡Arriba España!”. 

A w chwilach wolnych, „Jedli, a także się modlili… Od razu został ustawiony ołtarz. Ksiądz przyjeżdża, a Hiszpanie już tam są, klęczą, modlą się i śpiewają, tak jakby wokół nich nie szalała wojna. To wszystko wygląda jak scena z jakiegoś obrazu” – pisał zdumiony, postronny obserwator. Podobnie dziwiło Niemców, że Hiszpanie łagodnie traktują wziętych do niewoli Sowietów. Zatrudniali ich jako woźniców i innych pomocników. Dobrze też odnosili się do ludności cywilnej. Ale najważniejsze, że udało się im wycofać w dobrym szyku mimo miażdżącej potęgi ofensywy sowieckiej na Zachód. 

W październiku 1943 r. Franco wycofał Błękitną Dywizję do domu. Mała część została jako Legion Błękitny, który brał udział w walkach w Estonii. Potem on też został odwołany w marcu 1944 r. Jednak najtwardsze jądro hiszpańskich narodowych radykałów zdecydowało się kontynuować walkę. Wstąpili do SS. Dostali, co im się należało: zwykle śmierć. Ostatni fanatycy polegli, walcząc w ruinach Berlina w maju 1945 r. Inni padli w gułagu, a garstkę wraków ludzkich – około 300 – repatriowano stamtąd do Hiszpanii w 1954 r. W latach 90. Rosja wykonała ładny gest i pozwoliła dla poległych Hiszpanów odbudować cmentarz we wsi Pankowka pod Nowogrodem.

Dr Muszyński nie ukrywa swoich sympatii do antykomunistycznych Hiszpanów, ale ciepłe podejście do walczących w głębi Sowdepii nie przekłada się na poparcia dla członków SS. Bardzo dobrze nie tylko, że podarował on nam tę opowieść o walkach frontowych, ale że również poprowadził badania o dalszych losach żołnierzy La División Azul, łącznie z ich losami powojennymi. Dotyczyło to nie tylko tworzenia organizacji kombatanckich, ale również reintegracji w życiu cywilnym, także inwalidów. „Toreadorom Hitlera” należą się najwyższe noty, ale niestety wielkim minusem jest, że wydawcy nie chciało się wstawić przypisów. To pocałunek śmierci dla mnie, chociaż amatorom to nie powinno przeszkadzać. Przynajmniej jednak jest dobra bibliografia.

Joachim Ceraficki „Wasserpolacken: Relacja Polaka w służbie Wehrmachtu”, 2 wyd. (Karta, Warszawa 2018) to książka o grudziądzkim Polaku z przymusowego poboru w siłach zbrojnych III Rzeszy. Solidny Pomorzanin. Ojciec był weteranem wojny bolszewickiej. „W domu i szkole wychowywani byliśmy w duchu patriotyzmu”. W Grudziądzu bił się na kamienie z chłopakami niemieckimi. Jednocześnie gardził kresowiakami. Jako dobrego mieszczucha irytowały go szczególnie sygnety rodowe podchorążaków ze szkoły kawalerii.

Wybuchła wojna. Aby przeżyć, trzeba było przybrać barwy ochronne. We wrześniu 1939 r. uciekł do Warszawy (gdzie doświadczył pierwszego pocałunku od dziewczyny), jednak po oblężeniu wrócił do domu, gdzie doświadczył prześladowań, upokorzeń, aresztowań, a nawet bicia od panoszących się Niemców. Katowali oni nawet własnych rodaków, na przykład Niemkę, która głośno powiedziała, że zamiast maszerować bez sensu małolaty z Hitlerjugend powinni iść do kościoła i pomodlić się o pokój. Ojciec Cerafickiego też dostał ostry łomot – za bycie Polakiem. 
Jego syn – gdyby się nie zgodził wstąpić do armii Hitlera – zostałby posłany wraz z rodziną do obozu koncentracyjnego. Tacy jak Ceraficki zdecydowali się w końcu podpisać Volkslistę, listę narodowościową niemiecką, zresztą najniższej (III) kategorii, stąd nazwa: Rozwodnieni Polaczkowie (Wasserpolacken): oficjalnie od początku 1942 r. Powtórzmy, mógł nie podpisać i iść do obozu. Albo uciec do Generalnego Gubernatorstwa czy zejść do podziemia (chociaż matka miała jakieś luźne kontakty z konspiracją). Nie były to opcje realistyczne. Przynajmniej dla niego. Cała rodzina podpisała.

III Rzesza była zdesperowana, potrzebowała mięsa armatniego. Zaraz przyszło wezwanie, Ceraficki trafił do koszar najpierw w Marburgu, następnie Hanau. Ciekawe obserwacje o braku fanatyzmu nazistowskiego u ludności w głębi Rzeszy, odwrotnie niż na Pomorzu, gdzie pozdrawiano się, niemal zawsze wrzeszcząc „Heil Hitler”. Nuda, rutyna, aż wysłano go na front wschodni w 1943 r. Walczył na Kaukazie, Ukrainie. Był jedynym Polakiem. „Tymczasem zostałem sam wśród Szkopów”.

Spotkał jednak sowieckich Polaków, a raczej Polki na Kaukazie, ciężko zastraszone. W Winnicy „polska sprzątaczka potwierdziła, że Sowieci zabili jej męża tylko dlatego, że był Polakiem” (s. 127). To było na kanwie Katynia, co początkowo – dopóki nie przekonali go miejscowi ludzie, że to normalna sowiecka praktyka ludobójcza – Ceraficki potraktował jako nazistowską propagandę. Ale gwoli uzupełnienia, znajomy z SS zaraz wyspowiadał się, że jego jednostka wymordowała żydowskich mężczyzn, dzieci i kobiety w Winnicy niedługo po wkroczeniu Niemców. Bestialsko zachowywali się też w stosunku do innych. Jeden z Ukraińców powiedział Cerafickiemu z wyrzutem: „Myśmy na was czekali, a wy coście z nami zrobili?”.

Autor wpadł na kilku Polaków w służbie niemieckiej. Szeptali po polsku. Upijał się z innymi wehrmachtowcami. Grał na cztery ręce na fortepianie z kolegą. Cierpiał na czerwonkę, zabijał wszy, walczył z czerwonymi. „Sowieci atakowali ławą”. Został ranny. Wylądował w szpitalu w Winnicy, potem przeniesiono go dalej na zachód. 

Przygruchał sobie ukraińską dziewczynę, a potem – już we Wrocławiu – związał się z niemiecką wdową. Po rekonwalescencji skierowano go do jednostki tyłowej ozdrowieńców w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie poderwał następną Niemkę. I randkował z nią na przemian z zapoznaną tamże Polką. Polka, jak się dowiedziała, dała mu w pysk i odmówiła dalszych spotkań. Kontynuował sukces z rozmaitymi panienkami. Nie miał sobie nic do zarzucenia. „Takie zachowanie dziewcząt nie dziwiło mnie wcale. Mówiłem po polsku i zawsze zachowywałem się elegancko”.
W Tomaszowie prowadził kartotekę, zauważył m.in., że część żołnierzy trafiło do jego oddziału z wyrokami za homoseksualizm (s. 134, 136). Potem przeniesiono go do kurortu w Spale, gdzie – powiada – było mu jak w raju. Komentował tylko zachowania Polaków fraternizujących się bezkarnie z wehrmachtowcami. Polaków utrzymujących stosunki z Niemkami karano śmiercią, a je obozem. Jeździł – nie tylko wtedy, ale i przedtem, i potem – na urlopy do rodziny do Grudziądza. Odwiedził też na przepustce Warszawę, przez przypadek pomógł dziewczynie z konspiracji transportującej broń wymknąć się z łapanki. 

Następnie stacjonował w Słupi pod Skierniewicami, gdzie pomagał zwalczać pospolity bandytyzm. Bandy podszywały się bezprawnie pod podziemie. Ceraficki wiedział bowiem, że w AK był jego znajomy gospodarz, a dowódcą NSZ nauczyciel w Słupi. Bandy przepędzano. Miejscowi gospodarze odetchnęli z ulgą. „Niemniej nie zawsze udawało nam się zapobiec takim napadom”. Jesienią 1943 r. na Wszystkich Świętych namówił kolegów wehrmachtowców do oddania honorów wojskowych na miejscowych grobach polskich żołnierzy. Zgodzili się. 
Ceraficki zreflektował się potem: „Dlaczego ja z tych Szwabów robię takich aniołów?” (s. 144). No właśnie. Bo tak było. I tłumaczy dalej: „Czytelnicy mogą się dziwić, że ja, przymusowy żołnierz armii niemieckiej, wspominam członków naszego oddziału jako kolegów, a nawet przyjaciół. Łączyła nas jednak obawa przed śmiercią. Wiedzieliśmy, że szansą wyjścia z opresji była koleżeńska solidarność” (s. 170-171). 
Na początku 1944 r. znów trafił na front. Pojedynkował się ze snajperem, opatrzył raz nawet rannego sowieckiego Tatara i puścił go wolno. Przydzielono go do łączności. Stale był pod ogniem, cofał się z Wołynia. „Strasznie się bałem”. Bardzo rzadko chodził do kościoła, rzadko się modlił – aż do tego czasu. „Zacząłem modlić się do Matki Boskiej Częstochowskiej – po polsku… żeby nas uratowała” (s. 179). 
Udało się całemu oddziałowi cało wycofać za Wisłę. Ogólnie jednak – wspomina Ceraficki – „panicznie bałem się wpaść w ręce Sowietów”. W Warszawie wybuchło powstanie. Jeden z wehrmachtowych Polaków z Gdyni skomentował: „Warszawiaki chyba zwariowali! Przecież Ruskie stanęli i Polakom nie pomogą”. Ale sami też zwalczali AK w Sandomierskim jako kawalerzyści. No, dobrze, autor podaje, że przyglądali się temu. I twierdzi, że nie wie, co drugi szwadron zrobił z kilkudziesięcioma jeńcami z AK, w tym kilkunastoma dziewczynami-sanitariuszkami. Wielkiej wyobraźni nie trzeba mieć, aby zgadnąć ich los (s. 189-190). 

Potem trafił do Stutzpunktu w majątku ziemskim Rożki pod Ostrowcem Świętokrzyskim. Strzegł go przed bandytami. Poznał się z sąsiadem, panem Leszczyńskim, który dowodził drużyną AK w swym majątku pod Kleczanowem. Ostrzegał go przed Sowietami, radził AK-owcom, aby się ukryli. Uaktywniła się miejscowa komuna. „Miejscowy kowal, kiedy usłyszał o przekroczeniu Wisły przez wojska sowieckie, zorganizował parcelację majątku Leszczyńskiego. Kiedy na froncie nastąpił spokój, pan Leszczyński kazał kowala wybatożyć” (s. 190-191). 

W styczniu 1945 r. – po tym jak usłyszał, że Sowieci zajęli Grudziądz – zdezerterował. Wiedział, że jego rodzicom nic się nie stanie. Jak front ruszył na zachód, przebrany za Sowieta powrócił w rodzinne strony. W Chełmnie oczyścił kartotekę przed przybyciem komuny, aby chronić żołnierzy podziemia, oraz VD III kategorii. Usiłował pomagać też jeńcom włoskim. Potem było trudniej, wspomina strażnika z NKWD. „Był Żydem i mówił łamaną polszczyzną” (s. 212). Zaprowadził Cerafickiego do swego przełożonego, gdzie tylko dostał łagodną reprymendę. Tymczasem na Sybir wysłano z Chełmna około 100 osób VD III kategorii. Część nigdy nie wróciła do domu. Po wojnie autor siedział cicho, najpierw na krótko wcielono go do „ludowego” WP. Potem latami pracował jako szary urzędnik. 

Wspomnienia, spisane w latach siedemdziesiątych, wydają się uczciwe. Warto by jedynie sprawdzić, co rodzina Cerafickich robiła przed wojną, jakie miała sympatie polityczne, czy też raczej się nie udzielała. W każdym razie autor wspomnień twierdzi, że byli apolityczni, wspomina nawet o sympatiach prożydowskich w Grudziądzu (chociaż przyznaje, że w oblężonej Warszawie na Nalewkach raził go smród z żydowskich straganów), co było możliwe, chociaż raczej niezwykłe (poza ludzkim nastawieniem do bezpośrednich znajomych) w Polsce Zachodniej, gdzie dominowała narodowa demokracja. 

„Wasserpolacken…” to ciekawe wspomnienia, chociaż jasne, że Ceraficki nie wywodził się ze środowiska, z którego myśmy wyrastali. U nas było zero takiego pragmatyzmu. Jednak świat składa się w większości z Cerafickich, a nie z Chodakiewiczów. Każdy chce żyć, ale nie każdy za każdą cenę.

Prof. Marek Jan Chodakiewicz

04.03.2020r.
Tygodnik Solidarność

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet