Zdrajczyni z Hollywood - Beata Zubowicz

 

Jane Fonda po stronie wietnamskich komunistów
Zdrajczyni z Hollywood

Jest lipiec 1972 r. Wojna między Stanami Zjednoczonymi a komunistycznym Wietnamem Północnym trwa od ponad siedmiu lat. Wiosną weszła w nową fazę. 30 marca wojska północnowietnamskie zaatakowały Wietnam Południowy. Kilka dni później rozpoczęły ofensywę z Laosu i Kambodży. Amerykanie odpowiedzieli bombardowaniani. Komuniści musieli się zatrzymać.

Porucznik John McCain ma 36 lat, od niemal pięciu jest jeńcem. Gdy trafia do niewoli, jest ranny: ma połamane ręce i roztrzaskaną nogę. Żołnierze Wietkongu traktują go bezwzględnie. Mimo ciężkich przesłuchań McCain ujawnia jedynie nazwisko, stopień, numer wojskowy i datę urodzenia. Potem, tak jak wielu innych amerykańskich pilotów, trafia do osławionego więzienia Hoa Lo, gorzko-ironiczne przezwanym Hanoi Hilton. Dwa lata siedzi w izolatce. Jest głodzony, torturowany, choruje na dezynterię, drastycznie chudnie, siwieje. Próbuje popełnić samobójstwo. I choć wiele razy jest namawiany do udziału w spotkaniach z amerykańskimi aktywistami antywojennymi, którzy zjeżdżają do Wietnamu, zawsze odmawia. Nie chce uczestniczyć w spektaklach przygotowanych pod dyktando komunistycznych propagandzistów wymierzonych przeciwko jego krajowi.

Porucznik David Hoffman (w niewoli od roku) też nie chce, mimo że trafia mu się przedstawienie w hollywoodzkim stylu. Do Hanoi przyjechała właśnie słynna gwiazda filmowa i jeszcze słynniejsza aktywistka Jane Fonda. Komuniści dobrze wiedzą, jak istotne jest to wydarzenie. Organizują konferencję prasową. Hoffman ma na niej powiedzieć tylko jedno: że Wietnamczycy z północy dobrze traktują amerykańskich chłopców. Odmawia. – Musisz iść! – wrzeszczą strażnicy i boleśnie wykręcają mu rękę. Wiedzą, że sprawiają mu ból nie do zniesienia. Hoffman wpadł w ręce komunistów, gdy zestrzelono jego samolot. Wyskakując ze spadochronem, złamał rękę. Ręka nie jest do końca wyleczona. Chociaż ból jest rozdzierający, Hoffman się opiera. Siedzi potem, zanurzony po szyję, w dole wypełnionym wodą. Po kilkunastu godzinach nie wytrzymuje. Pójdzie na show Fondy.

37-letni Michael Benge (w obozie jenieckim od czterech lat), który przed uwięzieniem był cywilnym doradcą jednej z amerykańskich agend, też ma iść na konferencję aktorki. Szybko się zgadza, ale zastrzega, że powie całą prawdę o tym, jak są traktowani Amerykanie w niewoli. Wietnamczycy wpadają w furię. Za karę każą mu klęczeć na kamiennej podłodze. Ramiona nienaturalnie odginają mu do tyłu i wkładają między nie kij. Kiedy Benge słabnie, strażnik wali go bambusową pałką gdzie popadnie. Po dwu dniach nieustannych tortur nieszczęśnik godzi się na wszystko.

Suka z Hanoi

Konferencja z udziałem aktorki i amerykańskich jeńców udaje się nadzwyczajnie. To jest propagandowy majstersztyk. Fonda zapewnia, że widziała kilka obozów jenieckich. Amerykanie dobrze jedzą, mają wyśmienitą opiekę lekarską, możliwość wypoczynku i rozrywki. Więźniowie po kolei powtarzają, że Wietnamczycy traktują ich dobrze i że do domu chcą wracać wyłącznie dlatego, że tęsknią za rodzinami. Konferencja prasowa to jednak tylko jeden z wielopunktowego programu pobytu aktorki w Wietnamie Północnym.

W Hanoi ląduje 8 lipca 1972 r. Ma 34 lata. Ubrana w czarne szerokie spodnie i białą tunikę, długie włosy w nieładzie opadają jej na ramiona. Nie wygląda na gwiazdę filmową. Zresztą w tamtym czasie bardziej niż aktorstwo pociąga ją działalność polityczna. Jest tak pełna rewolucyjnego zapału, że z powodzeniem mogłaby zostać uznana za wzorzec z Sèvres pożytecznych idiotów. Widzi tylko to, co komuniści chcą, żeby widziała. Mówi to, co chcą, żeby mówiła. Idealne pudło rezonansowe do robienia medialnego szumu.

Na lotnisku powitano ją serdecznie, fetując „największą amerykańską aktorkę”. Następnego dnia rano Fonda zjawi się w radiu: „Zwracam się do stacjonujących w Zatoce Tonkińskiej amerykańskich żołnierzy. Mówi do was Jane Fonda, prosto z Hanoi. […] Bombardujecie wietnamskie wioski, w których giną niewinni ludzie, starcy, dzieci i kobiety. Ci, którzy każą wam to czynić, są po prostu zbrodniarzami wojennymi. Nie słuchajcie ich. To nie nasza wojna i nie bronicie tu amerykańskiego narodu. […] Nixon ryzykuje wasze życie po to jedynie, by w zbliżających się wyborach utrzymać się na urzędzie. […] Niech żyje Wietnam – pokojowy, zjednoczony, szczęśliwy i bogaty!”.

Powtórzy to jeszcze z osiem razy w różnych audycjach. Wietnamczycy puszczają jej audycje w obozach jenieckich przez głośniki. John McCain też ją słyszy. Amerykanie są w szoku. A czeka ich jeszcze większy. Kilka zdjęć, jakie Fonda zrobiła sobie w trakcie tego pobytu, przechodzi do historii. Aktorka z niezbyt mądrą miną siedzi na działku przeciwlotniczym. Na głowie ma wietnamski hełm wojskowy. Dookoła niej żołnierze Wietkongu o nieprzeniknionym wyrazie twarzy.


Jane Fonda zrobiła sobie zdjęcia na komunistycznej armacie. Do dziś jej tego nie wybaczono

Ostatniego dnia Jane Fonda spotkała się z północnowietnamskim wicepremierem Nguyenem Duy Trinhem. Powiedziała mu, że jest pod wrażeniem determinacji, z jaką naród wietnamski dąży do zwycięstwa. – Ta wizyta ma wielkie znaczenie dla naszego narodu. Dowiedzieliśmy się dzięki niej, że są różni Amerykanie. Są tacy, którzy zrzucają na nas bomby, ale i tacy, którzy okazują nam swą pomoc i sympatię – usłyszała od polityka.

22 lipca odlatuje z Hanoi do Stanów. Kiedy wychodzi z nowojorskiego lotniska, wita ją rozwścieczony tłum. Wyzywają ją. Jedno z określeń przylgnie do niej na zawsze: „Hanoi Bitch” – „Suka z Hanoi”.

Kremlowskie inspiracje

„Nie wiem, czy ona do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi. W każdym razie to, co zrobiła, było wyjątkowo niemoralne. Po prostu życzyła Wietnamczykom z północy zwycięstwa nad własnym narodem” – oceni później jej wyprawę Henry Kissinger, ówczesny sekretarz stanu i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, który za wkład w rozwiązanie konfliktu w Wietnamie otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Aktorka doskonale odegrała swoją rolę w spektaklu zaaranżowanym przez komunistycznych propagandzistów. Chociaż w rzeczywistości amerykańska armia nie prowadziła w Wietnamie „brudnej wojny”, choć odnosiła sukcesy militarne, medialnie poległa na całej linii. Wyobraźnię Amerykanów – i nie tylko ich – ukształtowały obrazy, na których uzbrojeni po zęby żołdacy brutalnie atakują bezbronnych wieśniaków. Z ekranów telewizorów nie schodziły ujęcia trupów amerykańskich chłopców. A ponieważ politykom nie udało się przekonać ludzi, że wojna w Wietnamie jest po prostu dramatyczną próbą powstrzymania ekspansji ZSRS, znużenie i zniechęcenie rosły. Z biegiem czasu przed Białym Domem i innymi instytucjami publicznymi płonęło coraz więcej gwiaździstych flag.

Wielu historyków jest zdania, że morale amerykańskich żołnierzy najbardziej podcięły właśnie antywojenne demonstracje, których organizatorzy (jak twierdzi m.in. rosyjski dysydent Władimir Bukowski) pośrednio byli inspirowani przez Kreml. A Jane Fonda wniosła w nie swój znaczący wkład. Od 1970 r. była główną bohaterką bodaj każdego znaczącego protestu. Demonstrowała przeciwko dyskryminacji kobiet i kolorowych, biedzie, rozprzestrzenianiu broni nuklearnej i oczywiście przeciwko wojnie w Wietnamie.

W obronie Indian i Czarnych Panter

Zaczęło się 8 marca 1970 r., kiedy Fonda staje na czele pochodu 200 Indian zmierzających w stronę bazy wojskowej Fort Lawton. Przed bramą aktorka w otoczeniu rdzennych Amerykanów ubranych w jelenie skóry i pióropusze odczytuje apel do „Wielkiego Białego Wodza” – prezydenta Richarda Nixona – o zwrot części dawnej indiańskiej własności.
Strażnicy nie wpuszczają ich na teren bazy. Dochodzi do szarpaniny. W rezultacie Fonda i 96 innych protestujących zostają aresztowani. Po trzech godzinach szeryf wypuszcza aktorkę na wolność. Odstawiają ją do Seattle, gdzie Fonda od razu staje przed kamerami telewizji. Krzyczy: „Zagrożono mi, że jeśli tu wrócę, zostanę ukarana sześcioma miesiącami więzienia i pięciuset dolarami grzywny. To totalne bezprawie. Jestem wolnym człowiekiem w podobno wolnym kraju i mogę przebywać, gdzie mi się tylko żywnie podoba”.

Rok później, w lutym 1971 r., na konferencji prasowej w Nowym Jorku ogłasza powstanie kabaretu FTA. Nazwa to skrót utworzony z pierwszych liter wyrazów składających się na zdanie „Fuck The Army”, co dosłownie znaczy: „pier... armię”. Pierwszy występ odbywa się kilka dni później w pobliżu bazy wojskowej w Forcie Bragg, niedaleko Fayetteville w Ka Południowej rolinie. Skecze wymierzone są głównie w wojnę, nietolerancję i administrację Nixona.

9 maja 1971 r. Fonda bierze udział w demonstracji antywojennej przed Białym Domem. Kilka dni później przewodzi marszowi na New Mexico University. Pod koniec miesiąca zostaje aresztowana w Fort Hood w Teksasie za rozprowadzanie literatury pacyfistycznej wśród żołnierzy miejscowej bazy. Wypuszczą ją po kilku godzinach. A będzie jeszcze areszt za marsz na Fort Meade w stanie Maryland. „Zaczęłam tę drogę jako liberalna demokratka. Zakończyłam jako radykałka”– powie Fonda po latach w którymś z wywiadów.

W jej domu bywają agitatorzy różnej maści: byli żołnierze opowiadający mrożące krew w żyłach historie o wojnie w Wietnamie, studenci i hippisi. A także Angela Davis, marksistka i feministka, należąca do Komunistycznej Partii USA, związana z Czarnymi Panterami, organizacją komunizujących radykałów, głoszącą ideę odrębności Murzynów jako osobnego narodu.

Znienawidzony przez lewicę szef FBI John Edgar Hoover uznał Czarne Pantery za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa USA. Czy w tej sytuacji można się dziwić, że już w 1970 r. FBI zakłada Fondzie teczkę? Jej publiczne wystąpienia śledzą agenci FBI i ich informatorzy. Podsłuchiwane są jej rozmowy telefoniczne, prywatne wypowiedzi są nagrywane, sprawdzana jest jej korespondencja. Po latach okaże się, że w teczce Fondy zachowały się 763 donosy.

Jej życie prywatne splata się z publicznym. 21 stycznia 1973 r. wychodzi za mąż za Toma Haydena, lewicowego działacza politycznego i społecznego, angażującego się w kampanie antywojenne, obronę praw człowieka i zwierząt. W lutym 1987 r. przyjadą razem do PRL. Oficjalnie – do Lecha Wałęsy, historycznego przywódcy Solidarności. Nieoficjalnie – Fonda i Hayden odwiedzą też ówczesnych PRL-owskich notabli. Osławiony rzecznik rządu epoki stanu wojennego Jerzy Urban zaprosi ich na kolację. A oni nie będą widzieli powodów, by odmówić.

Najnędzniejsza osoba w kraju

27 stycznia 1973 r. w Paryżu zostaje zawarte porozumienie pokojowe między stronami walczącymi w wojnie wietnamskiej. Kończy się długi i krwawy konflikt, w którym poległo pół miliona Wietnamczyków (z obu stron) i 58 tys. Amerykanów. Do domu wracają jeńcy. 5 marca wraca Mike Benge, 14 marca – John McCain.

Weterani zaczynają mówić. Ich opowieści brzmią jak z horroru. Fonda wciąż jest jednak jak w amoku. Nazywa ich „hipokrytami i kłamcami”, którzy, chcąc uniknąć odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, zrzucają winę na innych. – Spójrzcie tylko na tych zdrowych, młodych byczków! – woła na wiecu. – Czy oni wyglądają na takich, których ktoś głodził bądź torturował? Ludzie torturowani nie wychodzą efektownie z samolotu, nie salutują fladze ani nie całują żon na powitanie – szydzi. – Oni kłamią. To nie są bohaterzy – dodaje.

Po którymś z podobnych występów republikański kongresmen Robert Steele z Connecticut zaproponował, aby przyznać Fondzie specjalną nagrodę „dla najnędzniejszej osoby, jaka pojawiła się w całej historii kraju”.

Fonda powoli traci jednak antywojenny zapał, a 17 czerwca 1987 r. udziela słynnego wywiadu dziennikarce sieci telewizyjnej ABC Barbarze Walters. O swojej wyprawie do Wietnamu mówi: „To była chyba najgłupsza i najbardziej bezmyślna rzecz, jaką w życiu zrobiłam. [...] To było bardzo, bardzo głupie. Niektóre moje wypowiedzi też. Ponoszę za to pełną odpowiedzialność i mogę jedynie spróbować przeprosić tych, których moje zachowanie uraziło. Szczególnie tych, którzy walczyli w Wietnamie. Mogę powiedzieć tylko, że moje intencje były szlachetne. Ja po prostu chciałam jedynie położyć tamę temu bezsensownemu zabijaniu. Cóż, nie zawsze robiłam to w najmądrzejszy sposób”.

Przeprosiny będzie powtarzać, ale weterani jej nie uwierzą. Ważny dziś republikański senator John McCain, który kurtuazyjnie powiedział, iż „docenia fakt, że pani Fonda uznaje swój błąd”, jest w zdecydowanej mniejszości. Ani Benge, ani Hoffman nie mają dla niej grama sympatii.

16 stycznia 2015 r. 77-letnia Fonda przyjeżdża na wykład do Centrum Weinberga we Frederick w stanie Maryland. Czeka na nią 50 starszych mężczyzn z rodzinami. Wiele osób nosi T-shirty z napisem: „Jane Fonda – zdrajczyni Ameryki”. Rozlegają się gwizdy. Demonstrujący rozwijają transparenty: „Wybaczyć? Może. Zapomnieć? Nigdy!”.

Beata Zubowicz

16.01.2019r.
superhistoria.pl

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet