Czerwone dynastie w MSZ (1) - Prof. Jerzy Robert Nowak
 

Czerwone dynastie w MSZ (1)

Wnikliwi obserwatorzy sytuacji w polskim MSZ są zgodni. Prawie półtora roku po objęciu rządów przez prawicową koalicję MSZ pozostaje nadal swoistą stajnią Augiasza zdominowaną przez sieroty po komunie i sieroty po Geremku nominowane z klucza byłej Unii Wolności. Największą i najbardziej szkodliwą grupę w centrali MSZ i na placówkach stanowią ludzie z pokolenia działaczy o stalinowskim rodowodzie sięgającym osławionej agenturalnej Komunistycznej Partii Polski.

Jak pisał Krzysztof Górecki, autor paru bardzo gruntownie rozbudowanych cyklów "Naszej Polski" o zaśmiecaniu MSZ przez stare "czerwone" kadry: "W Ministerstwie Spraw Zagranicznych dobrze trzymają się stare komunistyczne struktury, a za granicą reprezentują nas ciągle ludzie minionego systemu, zaangażowani w aktywną obronę komunizmu i sojuszu z ZSRR" (por. K. Górecki, Ojcowie budowali PRL, dzieci..., "Nasza Polska" z 28 listopada 2006 r.). O tej fatalnej sytuacji zadecydowały niechlubne rządy w MSZ takich osób, jak: grubokreskowicz i agent Krzysztof Skubiszewski, SLD-owcy nominaci - Włodzimierz Cimoszewicz i Dariusz Rosati, były agent kontrwywiadu Andrzej Olechowski i inny osławiony grubokreskowicz Bronisław Geremek. Nie zmienił sytuacji w tym względzie, a raczej ją pogorszył taki "autorytet" jak Władysław Bartoszewski. Jak sam wyznawał, odchodząc z MSZ 17 października 2001 r.: "W ciągu 15 miesięcy mianowałem 47 ambasadorów, dzięki dobrej współpracy z Aleksandrem Kwaśniewskim (sic!). Tylko trzech pracowników odwołałem, ale z nowej kadry". I czym tu się chwalić? W rezultacie takiej żałosnej polityki personalnej MSZ dalej roi się od przedstawicieli "czerwonych dynastii", różnych komunistycznych "krewnych i znajomych królika". Jak przypomniał Krzysztof Górecki w "Naszej Polsce" z 27 września 2005 r. w tekście "Dziadkowie, rodzice, wnuki": "Na korytarzach MSZ i na placówkach zagranicznych panoszą się tabuny synów i pociotków prominentów dawnego reżimu: latorośle generałów wojska i bezpieki, zięć komendanta Akademii Spraw Wewnętrznych, żona komendanta Wyższej Szkoły Oficerskiej MO, zięć Mieczysława Moczara, bratanek Hilarego Minca, syn Józefa Czyrka, szwagier Józefa Oleksego (...), a także brat Oleksego (...)". Tak było na jesieni 2005 r., ale i potem niewiele się zmieniło, choć minęło kilkanaście miesięcy rządów koalicji z PiS na czele. Zadecydowała o tym przede wszystkim nieszczęsna nominacja geremkowca Stefana Mellera na pierwszego ministra spraw zagranicznych nowego prawicowego rządu.

Syn oficera Informacji - Stefan Meller
Trudno zrozumieć, dlaczego w pierwszym rządzie zdominowanej przez PiS koalicji - rządzie K. Marcinkiewicza, tak odpowiedzialne stanowisko ministra spraw zagranicznych powierzono osobie o nader wyrazistym komunistycznym rodowodzie. Ministrem uczyniono byłego pierwszego sekretarza Komitetu Uczelnianego Związku Młodzieży Socjalistycznej na UW i byłego PZPR-owca, syna KPP-owca i oficera osławionej stalinowskiej Informacji Wojskowej Stefana Mellera. (O tej niechlubnej roli ojca S. Mellera pisano wielokrotnie na łamach "Naszej Polski" oraz w "Najwyższym Czasie"). Przypuszczalnie powołując geremkowca Stefana Mellera do rządu, chciano choć częściowo zneutralizować krajowe i zagraniczne ataki na rząd PiS. Gorąco nakłaniał przywódców PiS do zaakceptowania kandydatury Mellera jego stary protektor Władysław Bartoszewski. Niezależnie jednak od intencji, które kierowały wzięciem Mellera do rządu, posunięcie to okazało się dużym błędem. Sam Meller po odejściu z rządu "odpłacił się" Kaczyńskim typowym dlań poczuciem wdzięczności poprzez udział w haniebnym liście ósemki byłych ministrów spraw zagranicznych niegodnie atakującym polski rząd.
Stefan Meller urodził się w czasie wojny we Francji w rodzinie komunisty Adama Mellera, który wyemigrował z Ustrzyk Dolnych na kilka lat przed wojną. Stefan Meller jakoś nie potrafił wytłumaczyć, jakie były powody emigracji jego rodziny do Francji. Twierdził: "Gdy pytałem o to ojca, widziałem tylko twarz pokerzysty". Sprawę szerzej wyjaśnił Krzysztof Górecki w "Naszej Polsce", pisząc, że stary Meller był jednym z funkcjonariuszy zawodowego aparatu partyjnego KPP, którzy jako kurierzy Kominternu zostali po rozwiązaniu KPP przerzuceni za granicę. W oparciu o uchwałę Międzynarodówki Komunistycznej kierowano ich do Francji, gdzie było najważniejsze skupisko tych wysłanników Kominternu. (Byli wśród nich m.in. tacy znani później staliniści, jak: Zygmunt Modzelewski, Eugeniusz Szyr czy Bolesław Mołojec, zamordowany przez "swoich" po zabiciu Marcelego Nowotki). Kurierzy Kominternu tacy jak stary Meller zajmowali się m.in. organizacją przerzutu terrorystów i broni do republikańskiej Hiszpanii. Po napaści Niemiec hitlerowskich na Francję komuniści żydowskiego pochodzenia, w tym ojciec Mellera, stanowczo odmówili służby w walczącej na terenie Francji armii gen. Władysława Sikorskiego. Tym intensywniej rozwijali za to potajemną działalność komunistyczną - właśnie wtedy ojciec Mellera przyjął partyjny pseudonim "Conrad", który po wojnie pozostało częścią jego nazwiska. Według opowieści Stefana Mellera (ur. 1942) jego związani z komunistami rodzice w czasie wojny w wózku z synem przewozili nielegalną bibułę (wg tekstu Wojciecha Dudy-Dudkiewicza o S. Mellerze na łamach "Ozonu" z 11 stycznia 2006 r., nader celnie zatytułowanego "Obce ciało w rządzie").
Po powrocie do Polski po wojnie Adam Meller, były agenturalny bojownik komunistyczny we Francji, szedł dalej w ślad za swym powołaniem, stając się funkcjonariuszem powszechnie znienawidzonej donosicielskiej stalinowskiej Informacji Wojskowej. (Przypomnijmy, że ta wyspecjalizowana w tropieniu "wrogów ludu" w interesie Sowietów organizacja została oficjalnie potępiona przez Sejm RP w 1994 r. jako organizacja zbrodnicza). Później stary Meller zaczął robić intensywną karierę w dyplomacji PRL, gdzie bardzo poszukiwano ludzi z takim agenturalnym doświadczeniem. Nie wyszedł tylko pomysł z mianowaniem A. Mellera ambasadorem PRL w Paryżu. Francuzi odmówili przyznania mu tzw. agrément, zbyt dobrze pamiętając o jego wojennej roli jako kuriera Kominternu. Dalej awansował jednak w strukturach MSZ-owskich, dochodząc aż do stopnia dyrektora departamentu. Kariera ta została jednak gwałtownie przerwana w 1968 roku. Starego Mellera usunięto z MSZ. Zdaniem K. Góreckiego ("Nasza Polska" z 29 września 2005 r.), powodem usunięcia były nie tyle czystki pomarcowe, ile "problemy związane ze sferą zdrowia psychicznego i skandal obyczajowy".
Ciekawe, że sam Stefan Meller w wywiadzie dla T. Torańskiej przyznawał, że jego stalinowskiego ojca cechowała "zacięta bezmyślność w dawnych latach, dogmatyczny upór" (por. Król stanie na golasa, dodatek "Gazety Wyborczej" - "Duży Format" z 8 maja 2006 r.). Zastanawiając się nad rolą ojca w KPP, stwierdzał: "Do dzisiaj nie mogę pojąć, jak można było godzić ideowość KPP-owską z zakłamaniem. Do dzisiaj tego zakłamania nie jestem w stanie pojąć". Zdaniem S. Mellera: "Nie było ani jednego KPP-owca, który po wojnie nie wiedziałby, co wydarzyło się w procesach moskiewskich, czy - szerzej - co naprawdę działo się w Związku Radzieckim. Oni doskonale wiedzieli (...). Ale udawali, bez przerwy udawali, że nic nie wiedzą". Według S. Mellera, po zrehabilitowaniu KPP jego ojciec "lewitował. Co nie znaczy, że więcej zrozumiał. Bo nie zrozumiał. I jakoś nic nie mówił o innych pomordowanych, nie 'swoich' (...)" (cyt. za wspomnianym wywiadem dla "Dużego Formatu"). Zdumienie S. Mellera, że jego ojciec nie przejmował się losem pomordowanych niekomunistów, wydaje się dość dziwne. Przecież jego ojciec bez skrupułów pracował niegdyś w Informacji Wojskowej, która tropiła "wrogów komunizmu", częstokroć ze śmiertelnymi dla nich skutkami.

Przerwana kariera
Młody Stefan Meller szybko postawił na komunizm, idąc śladami stalinowskiego ojca. Wstąpił do PZPR już na przedostatnim roku studiów. Awansował na pierwszego sekretarza Komitetu Uczelnianego ZMS na UW, co mogło mu otworzyć drogę do błyskawicznej kariery.
Ciekawe, że ten niechlubny czas z jego życia - w Komitecie Uczelnianym ZMS - Meller całkowicie przemilczał w swym bardzo obszernym wywiadzie dla T. Torańskiej. W wywiadzie gorliwie wyliczającym przeróżne drobiazgi i ciekawostki milczy jak grób o powyższej tak wstydliwej dla niego sprawie. Przez pewien czas (do 1965 r.) S. Meller utrzymywał związek miłosny z Agnieszką Kliszkówną, córką jednego z najpotężniejszych wówczas prominentów partyjnych, członka Biura Politycznego KC PZPR Zenona Kliszki, prawej ręki Władysława Gomułki. Szanse na błyskawiczną karierę popsuły bardzo bliskie związki S. Mellera z michnikowcami, których bardzo mocno popierał jako pierwszy sekretarz KC PZPR. Ostateczny cios marzeniom S. Mellera o karierze politycznej w owym czasie zadał przebieg wydarzeń marcowych 1968 roku. W dzień po wyrzuceniu starego Mellera z MSZ nader ostro zaatakowano samego Stefana Mellera na zebraniu PZPR w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, gdzie pracował od mniej więcej roku. Został usunięty z PZPR i z pracy w PISM. W wywiadzie dla Torańskiej opisał przebieg zebrania w PISM, gdzie go zaatakowano, mówiąc: "Takiego zgromadzenia kanalii nigdy potem nie widziałem". Rzecz znamienna, jak pamiętam z organizacji partyjnej PZPR, w której przynajmniej połowa to Żydzi, usunięto tylko dwie osoby, w tym S. Mellera. Pracowałem wówczas w PISM i choć nigdy nie wstąpiłem do PZPR, znałem dobrze z relacji partyjnych kolegów sytuację w tamtejszej organizacji. To, że usunięto z niej akurat Stefana Mellera w sytuacji, gdy organizacja ta co najmniej w połowie składała się z Żydów, wcale nie wynikało z niechęci do jego prominentnego do owego czasu ojca. Tłumaczono usunięcie S. Mellera tym, że ten młodzian był powszechnie nielubiany w PISM, także wśród "żydowskich towarzyszy", z powodu wyjątkowego zarozumialstwa i buty, cech dość szczególnych w sytuacji, gdy niczego jeszcze nie dokonał.
Po usunięciu z PISM początkowo imał się różnych prac, m.in. pracował jako kasjer w spółdzielni kosmetycznej "Izis". Później dostał etat w filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku, gdzie wykładał historię narodów radzieckich. Następnie zatrudniono go w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, gdzie w końcu nawet został prorektorem. Jak widać, pomimo usunięcia z partii wyraźnie pomagały mu przeróżne koligacje. Ciekawe, że nawet związki z KOR nie przeszkadzały mu w wyjazdach na Zachód. Według K. Góreckiego: "Począwszy od 1970 r. rokrocznie przebywa na stypendiach we Francji" (por. K. Górecki, MSZ odzyskane, czyli zwrot o 360 stopni, "Nasza Polska", 14 listopada 2006 r.). Jeśli ta informacja jest całkowicie ścisła, to prawdziwie ułatwia zrozumienie rozmiarów "układów", z jakich korzystali wówczas rzekomo prześladowani ludzie z żydowskich kręgów Warszawki. Zaczyna wówczas pisać o XVIII-wiecznej rewolucji francuskiej. Jedną z książek wydaje wspólnie z osławionym zwolennikiem stanu wojennego prof. Janem Baszkiewiczem.
Na początku lat 90. Meller redaguje miesięcznik "Mówią wieki" i robi to wyraźnie w duchu uprawiania "poprawnej politycznie" wersji historii, z wyraźnymi uprzedzeniami do tradycyjnego polskiego patriotyzmu.

Zawalił wszystko
Od grudnia 1992 r. rozpoczyna się przyspieszona, błyskawiczna kariera S. Mellera w MSZ. Zostaje wicedyrektorem departamentu, a za rządów SLD (premierostwo J. Oleksego) - po raz pierwszy wiceministrem spraw zagranicznych. Potem zostaje nominowany na ambasadora we Francji (do 2001 r.). W czasie gdy dyskutowano o jego kandydaturze na stanowisko ambasadora w Paryżu, na posiedzeniu sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych jeden z jej członków, przypominając dawną pracę S. Mellera jako kasjera w spółdzielni kosmetycznej "Izis", powiedział: "Dobrze się składa, że w kraju słynnym z produkcji kosmetyków będzie nas reprezentował człowiek o takim doświadczeniu" (S. Meller miał kiedyś legitymację starszej kosmetyczki!). Według K. Góreckiego: "Działalność Mellera na stanowisku ambasadora RP w Paryżu była różnie oceniana. Nikt nie był pod wrażeniem jego fachowości i profesjonalizmu (...). Jeden z jego współpracowników mówi: jego dobry francuski pokrywał arogancję, chęć podporządkowania sobie wszystkich, włącznie z organizacjami emigracyjnymi. W końcówce pobytu prowadził się z partnerką, która jest bliską przyjaciółką Kwaśniewskiej. Mówiono wtedy, że przez nią załatwił sobie awans na wiceministra, mimo że oceny jego ambasadorowania były nie najlepsze" (K. Górecki, op.cit.). W 2003 r. został skierowany na ambasadora do Moskwy. Ocena jego pracy na tym stanowisku była jeszcze gorsza, tym bardziej że nie znał języka rosyjskiego! I takiego człowieka wydelegowano na placówkę do Moskwy z kraju, gdzie jest tak wielu dyplomatów z doskonałą znajomością języka Puszkina! Według tekstu Grzegorza Rzeczkowskiego "Mellera dziwna kariera" ("Przekrój" z 26 stycznia 2006 r.): "Trudniejsze zadanie czeka Mellera w Moskwie, gdzie jako ambasador pojawia się w kwietniu 2006 r. Rosyjskiego nie zna, ale szybko się go uczy, oglądając telewizję. I choć do dziś mówi z błędami, to język opanował na tyle, że spokojnie udzielał wywiadów (...). Osiągnięcia Mellera są kontrowersyjne, zwłaszcza że nie należy do wybitnych znawców Rosji". Jeszcze ostrzej ocenił ambasadorowanie Mellera w Rosji Krzysztof Górecki, pisząc: "Jeszcze gorsza był praca w Moskwie.
Bardziej kiepskiego ambasadora trudno sobie wyobrazić. Zawalił wszystko, co było można, otaczał się służbami, promował posłuszne miernoty, jego raporty polityczne były, krótko mówiąc, 'gonitwą myśli'. W Moskwie nigdy nie tupnął nogą, nie przeciwstawił się Rosjanom. (...) Mottem jego działania, jak wszystkich jego poprzedników było: 'Rosji nie należy drażnić'" (K. Górecki, op.cit.).
Jesienią 2005 r. S. Meller zostaje ministrem spraw zagranicznych w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Było to najfatalniejsze chyba posunięcie ze strony premiera i władz PiS. Krzysztof Górecki tak oceniał późniejszy bilans "rządów" Stefana Mellera w MSZ: "Meller nie zrobił nic, aby w MSZ cokolwiek zmienić. Przeciwnie, dał wyraźnie do zrozumienia: żadnych zmian, zapomnijcie o lustracji i dekomunizacji. Nienaruszony pozostawił ten jeden z najbardziej pokracznych murów okrągłostołowych. Stał jak mur na straży poprzedniego układu. Sprzeciwił się usuwaniu ludzi związanych z bezpieką, ludzi sowieckiego chowu, absolwentów sowieckich szkół partyjnych (...). Poświęcił jedynie, i to wbrew swojej woli, dla uwiarygodnienia się w oczach nowej władzy kilku towarzyszy. Ambasadorów miano odwołać sześćdziesięciu, odwołano sześciu. Reszta śmieje się w kułak, czekając na upadek rządów PiS" (K. Górecki, Kontynuatorzy kontynuacji, "Nasza Polska" z 5 grudnia 2006 r.).
Rolę hamulcowego zmian, obrońcy "sierot po komunie i B. Geremku" połączył S. Meller z licznymi mało przyjemnymi cechami osobistymi, ogromnym zarozumialstwem, arogancją i tupetem. Wojciech Duda-Dudkiewicz pisał w "Ozonie" z 11 stycznia 2006 r., iż Meller: "Dał się poznać jako ostry szef, nieco impulsywny i apodyktyczny. Z poczuciem misji i wysoką samooceną". Jeszcze bardziej otwarcie pisał o niektórych cechach S. Mellera Grzegorz Rzeczkowski w "Przekroju" z 26 stycznia 2006 r., stwierdzając: "Potrafi być wybuchowy, z dala od publicznych wystąpień używa siarczystych słów (...). Jako szef nie do zniesienia. To tak zwana piła - mówi Paweł Dobrowolski, rzecznik MSZ i przyjaciel ministra od 20 lat. Postrzegany bywa jako człowiek, który raczej woli mówić, niż słuchać, a w jego wypowiedziach roi się od słów 'ja', 'mój', 'mi'. Przyzwyczaił się, że inni mu przytakują (...). Jego największą wadą jest jednak pamiętliwość. To człowiek, któremu lepiej nie zachodzić za skórę".
Dość szczególne było jego zachowanie już na początku urzędowania jako ministra spraw zagranicznych. W pierwszej podróży zagranicznej, która jest zawsze traktowana jako wyraźny symbol ważności kierunku nadawanego polityce, Meller pojechał do Moskwy! Tłumaczono to w resorcie pilną potrzebą rozładowania polskich produktów zbożowych i mięsa. Wyjazd Mellera do Moskwy okazał się całkowitym fiaskiem. Tylko "naraził się na docinki" - komentował publicysta "Ozonu" w numerze z 11 stycznia 2006 roku. Dość szczególne były dywagacje Mellera po odejściu ze stanowiska szefa MSZ. "Europejczyk" Meller wyraźnie opowiedział się za ograniczeniem obrony polskich interesów narodowych. Jak stwierdził na łamach "Faktu" z 18 lipca 2006 r.: "Pamiętajmy także, że interes narodowy ma swoje granice. Jest nią europejska solidarność, która realnie istnieje. By to zrozumieć, potrzebne jest przemeblowanie mózgu". Jak wielka jest ta rzekoma europejska "solidarność", rzeczywiście mogliśmy się łatwo przekonać w ciągu ostatnich kilku lat. Choćby z zaleceń prezydenta Francji Chiraca, by Polska "siedziała cicho", ze sprawy osławionego gazociągu rosyjsko-niemieckiego na dnie Bałtyku, z traktowania polskich robotników w różnych krajach Europy Zachodniej, choćby ostatnio w Niemczech. I kto tu powinien "przemeblować mózg"? Warto jeszcze przypomnieć pogróżki Mellera z cytowanego już wywiadu w "Dużym Formacie" z 8 maja 2006 r.: "Ja też jestem optymistą (...) dlatego, że jesteśmy w Unii Europejskiej, i dlatego, że osoby, które warcholą politycznie w Polsce, długo warcholić nie będą. Nie uda im się to (...). A wyrosnąć im nie powinniśmy pozwolić. Bo jesteśmy w Unii Europejskiej".
Kilka lat temu przyspieszoną karierę rozpoczął syn Stefana Mellera - Marcin Meller. Nie przeszkodziło mu w awansach nawet to, że redaktor Baczyński wywalił go z "Polityki", bo "zabalował" i nie oddał na czas tekstu. Jak wyznawał w wywiadzie dla "Dużego Formatu", wiedział, że ojciec "pod mostem go nie zostawi". Najpierw chyba głównie dzięki koneksjom ojca został prezenterem telewizyjnym. Parę lat temu zaś został naczelnym redaktorem "Playboya". Poglądy ma oczywiście odpowiednie, "poprawne politycznie". W postkomunistycznej "Trybunie" z 26 marca 2007 r. informowano o wiecu proaborcyjnym pt. "Stop fanatykom: Romanom i Rydzykom". Wśród sygnatariuszy listu poparcia dla feministycznej manifestacji znalazło się m.in. nazwisko Marcina Mellera obok Wojciecha Olejniczka, Kazimiery Szczuki, Krystyny Kofty, Magdaleny Środy i Izabeli Cywińskiej.

Schnepf przeciw interesom Polski
Zdumiewające wprost, do jakiego stopnia rząd Marcinkiewicza, mający w zamierzeniu budowę podstaw IV Rzeczypospolitej, oparł się w swych działaniach w sferze polityki zagranicznej na ludziach, którzy mogli tylko zaszkodzić radykalnej przebudowie Polski. Obok głównego sternika polityki zagranicznej - ministra S. Mellera - przy premierze powołano na głównego doradcę w sprawach zagranicznych Ryszard Schnepfa, geremkowca, wielce z zaprzyjaźnionego z Mellerem. Było to kolejne sięgnięcie po przedstawiciela "czerwonej dynastii" wywodzącej się z rodziny wyraziście związanej przedtem z PRL-owskim systemem władzy. Promowanie Mellera czy Schnepfa wywołało zaskoczenie nawet w kręgach dziennikarzy, dlaczego PiS za darmo oddaje pole innym siłom. Na przykład centrystyczny w poglądach publicysta Piotr Zaremba pisał już 25 listopada 2005 r. w "Rzeczpospolitej" o "kompletnej abdykacji" PiS w MSZ i dyplomacji.
Ryszard Schnepf, zanim został głównym doradcą premiera Marcinkiewicza w polityce zagranicznej, był ambasadorem w Urugwaju (1991-1995) i w Kostaryce (2001-2005). Wsławił się wówczas organizowaniem haniebnej nagonki na przywódcę Polonii w Ameryce Łacińskiej, prezesa USOPAŁ Jana Kobylańskiego. Schnepf jest synem starego KPP-owca Maksymiliana Schnepfa, podobnie jak stary Meller oficera osławionej stalinowskiej Informacji Wojskowej. Publicysta Stefan H. Wilk oskarżał płk. M. Schnepfa na łamach "Głosu" z września 2006 r., że "(...) w 1945 r. wraz z wydzielonym oddziałem specjalnym brał udział w przeprowadzonej przez siły sowieckie 'operacji augustowskiej', w rezultacie której ponad 700 mieszkańców ziemi augustowskiej nie tylko nigdzie nie odnaleziono wśród żywych, ale także nigdy nie odnaleziono ich ciał". Pułkownik M. Schnepf przez wiele lat (do marca 1968 r.) pracował jako szef Studium Wojskowego na UW. Został lektorem KW PZPR. Był bardzo aktywnym działaczem Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, a na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów określono go nawet jako "przywódcę społeczności żydowskiej w Polsce podczas reżimu komunistycznego". Jego syn - Ryszard Schnepf, historyk, wychowanek Geremka, został ambasadorem w Urugwaju z poręki Krzysztofa Skubiszewskiego, choć nie był do tego w żadnym razie przygotowany merytorycznie. Działał judząco i destrukcyjnie wśród Polonii w Ameryce Łacińskiej. Krzysztof Górecki pisał w tekście "Tradycja obozu zagłady" ("Nasza Polska" z 30 sierpnia 2005 r.) o Schnepfie m.in.: "Od pierwszych chwil skłócony z Polonią. Przez potomków Polaków z Urugwaju i Ameryce Łacińskiej zwany, z uwagi na dwuznaczną, uwłaczającą godności dyplomaty konduitę (zajmował się głównie interesami z miejscowymi Żydami oraz ryzykownym handlem sprowadzanymi bezcłowo luksusowymi samochodami), 'awanturnikiem polskiej dyplomacji'". Ostro potępił sposób zachowania się Schnepfa wspomniany już przywódca Polonii w Ameryce Łacińskiej prezes Jan Kobylański, który wyzwał Schnepfa od "agentów KGB i Castro". Z kolei to właśnie Shnepf szczególnie mocno przyczynił się do odwołania Jana Kobylańskiego z funkcji honorowego konsula RP w Montevideo. Ukarano go tak za jednoznaczne poparcie dla prezesa Edwarda Moskala, protestującego przeciw ciągłym ustępstwom wobec szkalujących Polskę środowisk żydowskich. Niejednokrotnie zwracano uwagę na bardzo szkodliwą rolę odegraną przez R. Schnepfa w Ameryce Łacińskiej. Na przykład polonijna działaczka Elżbieta Sczepańska pisała w tekście "Polonia, czyli ofiary i oprawcy" ("Głos" z 1-8 kwietnia 2006 r.), iż: "Ryszard Schnepf, będąc ambasadorem RP w państwach Ameryki Łacińskiej, działał na szkodę Polaków i Polski".
Jako główny doradca premiera Marcinkiewicza w polityce zagranicznej Schnepf szczególnie gorliwie zajmował się sprawą zapewnienia jak największego zadośćuczynienia Żydom za mienie w Polsce. Stąd jego usunięcie z funkcji zostało przyjęte ze szczególnym żalem przez przedstawicieli Światowego Kongresu Żydów. Znalazło to wyraźne odbicie w tekście zamieszczonym na stronie internetowej tego Kongresu, gdzie wyrażono obawy, że odejście Shnepfa może doprowadzić do spowolnienia procesu negocjacji między rządem Polski a środowiskami żydowskimi w sprawie mienia (por. szerzej T. Sommer, Dla kogo robił Schnepf, "Najwyższy Czas" z 27 maja 2006 r.). Według T. Sommera: "Komunikat WJC (tj. Światowego Kongresu Żydów) wprost sugeruje, że Schnepf był zaangażowany w negocjacje z przyczyn osobistych, a właściwie - po prostu rasowych".
Sommer przypomniał w swym tekście również jakże niegodną nagonkę organizowaną przez Schnepfa na prezesa Kobylańskiego, stwierdzając: "Można wręcz odnieść wrażenie, że niczym innym ambasador Schnepf jako przedstawiciel RP w Ameryce Łacińskiej się nie zajmował. Za sprawę Schnepfa Kobylańskiemu przypięto łatkę 'klinicznego antysemity', a nawet faszysty (...)". Dodajmy, że w tej nagonce po dziś dzień uczestniczy w sposób niezwykle ordynarny i tendencyjny żona Schnepfa - prezenterka telewizyjna Dorota Wysocka-Schnepf (patrz: np. gwałtowny atak tejże na prezesa Kobylańskiego w I programie TVP 15 stycznia 2007 r.). Szokuje fakt dopuszczenia do takiego nadużywania ekranu telewizji publicznej do niegodnych i oszczerczych aktów nienawiści wobec najsłynniejszego dziś przedstawiciela Polonii świata.
Warto tu przypomnieć jednak, co zdecydowało o usunięciu Schnepfa, długo traktowanego jako głównego doradcę premiera Marcinkiewicza w sferze polityki zagranicznej. Otóż Schnepf w sposób wręcz kretyński ujawnił swą postawę godzącą w podstawowe interesy Polski, publicznie udzielając poparcia tak antypolskiej inicjatywie jak projekt budowy gazociągu Niemcy - Rosja na dnie Bałtyku. Jak pisał Piotr Gursztyn w tekście "Dymisja Schnepfa za międzynarodową gafę" ("Dziennik" z 12 maja 2006 r.) Schnepf powiedział, że "rząd chce zaproponować polski udział w budowie gazociągu Rosja - Niemcy. Informacja ta została od razu zdementowana przez premiera (...). Marcinkiewicz był kompletnie zaskoczony wypowiedzią swojego doradcy. Podobnie prezydent Lech Kaczyński, który - według naszego informatora - zdenerwował się, gdy przeczytał wypowiedź Schnepfa". Decyzję o błyskawicznym zdymisjonowaniu Schnepfa za jego jakże nielojalne wobec premiera i ogólnie wobec polskich interesów narodowych wystąpienie skomentował wpływowy europoseł PiS Adam Bielan - mówiąc w rozmowie z dziennikarzem "Rzeczpospolitej": "Ryszard Schnepf został zdymisjonowany wyłącznie z powodu złożenia niezgodnej z polityką rządu i interesem państwa propozycji dotyczącej możliwości przyłączenia się Polski do projektu rurociągu rosyjsko-niemieckiego". Kompromitujące wystąpienie Schnepfa w sprawie gazociągu przekreśliło jego szanse na objęcie stanowiska ambasadora RP w Madrycie. Pomimo to i tak Schnepfa potraktowano zaskakująco łagodnie. Usunięty z otoczenia premiera przeszedł do MSZ, gdzie pełni funkcję pełnomocnika ministra spraw zagranicznych do spraw "zagrożeń". Rzecz przedziwna w sytuacji, gdy to właśnie on jest szczególnie wielkim zagrożeniem dla polskich interesów i symbolem wyjątkowej nielojalności osoby pełniącej wysokie publiczne stanowisko. Nie rozumiem, dlaczego nie usunie się takiej zawalidrogi z MSZ. Wystarczy mu sprawowane przezeń równocześnie stanowisko dyrektora fundacji "Szalom" prowadzonej przez rodzinę Szurmiejów.

Prof. Jerzy Robert Nowak

03.06.2007r.
Nasz Dziennik

 
RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet