O RUCHU RODAKÓW
PRZYSTĄP DO RUCHU RODAKÓW
RODAKpress - head
HOME - button
Gorycz satysfakcji po raporcie - TADEUSZ WITKOWSKI

 

 

 

 

 

 

 

 


Gorycz satysfakcji po raporcie

Po opublikowaniu przez "Więź" raportu w sprawie współpracy ks. Czajkowskiego z SB, ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski napomknął o gorzkiej satysfakcji, jakiej dostarczyli mu autorzy raportu. Domyślam się, że podobnych uczuć doznało więcej osób uznających prawdziwość dokumentów przechowywanych w archiwach IPN.

Dodam więc tylko, że dawka goryczy, jaką przychodzi nieraz przełknąć uczestnikowi sporów o najnowszą historię kraju, przypomina trochę w swoim działaniu piołun. Skądinąd wiadomo, że znajdujący się w tej roślinie olejek eteryczny, używany jest przy produkcji wermutu i absyntu, te zaś z reguły poprawiają nastrój konsumenta i, co najważniejsze, dodają apetytu.

Wiedza i wina

Nie ulega kwestii, że część apologetycznych, czasami histerycznych, a niekiedy brutalnie agresywnych uwag wypowiedzianych w obronie ks. Czajkowskiego wynikała z niewiedzy, część z lęku o losy Kościoła w Polsce. Z dziennikarską znajomością archiwów i metod działania bezpieki bywa bowiem różnie; Biuro Edukacji Publicznej IPN ma jeszcze w tym zakresie wiele do zrobienia. 14 czerwca w I programie Telewizji Polskiej pokazano dokumentalny film Ewy Żmigrodzkiej i Krzysztofa Zwolińskiego "Cień Judasza". Pomysł sam przez się zasługuje na słowa uznania, pokazanie filmu w kontekście sprawy ks. Czajkowskiego musiało jednak dodatkowo ją zamącić. Historycy Instytutu Pamięci Narodowej zwracają w nim uwagę na specjalny status duchowieństwa jako grupy podlegającej kontroli służb specjalnych. W istocie, przepisy obowiązujące funkcjonariuszy w przypadku pozyskiwania duchownych traktowano bardziej elastycznie (o czym mówią choćby "Wytyczne Dyrektora Departamentu IV" z 15 czerwca 1973 r.) i od wymogu formalnego zobowiązania do współpracy niekiedy odstępowano. Ksiądz udzielający informacji funkcjonariuszowi Służby Bezpieczeństwa mógł czasami nie wiedzieć, że został zarejestrowany jako tajny współpracownik. Nie zmienia to jednak faktu, że tak czy inaczej był informatorem. To, czy dzielił się z funkcjonariuszem SB swoją radością z powodu wyboru Karola Wojtyły na papieża, czy też niechęcią wobec brata w kapłaństwie, z punktu widzenia wartości operacyjnej dostarczanych informacji nie musiało mieć znaczenia. Liczyła się użyteczność przekazanej "wiedzy", a o tym, kiedy i do jakich celów zostanie ona wykorzystana, decydowali przecież ludzie resortu, nie osoba zapraszana na rozmowę.

Przypadek ks. Czajkowskiego był zupełnie inny, z czego nie wszyscy musieli zdawać sobie sprawę. Własnoręcznie pisane doniesienia i zobowiązanie do współpracy nie mogły pozostawić cienia wątpliwości. Przewidując wynik badań zespołu "Więzi", z pobłażliwym uśmiechem czytałem więc wypowiedzi dziennikarzy wytykających mi błędy i braki warsztatowe. Znacznie mniej zabawnie wyglądały napaści z gatunku wypowiedzi Tomasza Lisa, który w "Gazecie Wyborczej" przestrzegał przed nadejściem dnia, kiedy "zjawi się kolejny nieudany slawista z importu, sugerujący, że jest historykiem, a przez niektórych nazywany nawet filozofem". Ciekawe, że dziś red. Lis ma do powiedzenia tylko tyle, że "kilkutygodniowe zamieszanie wokół księdza Michała Czajkowskiego oraz jego współpracy z tajnymi służbami PRL, a w końcu finał tej sprawy, powinny być źródłem lekcji dla nas wszystkich". Zastanawiam się, jakąż to lekcję powściągliwej retoryki powinienem jeszcze pobrać, by obrońcy esbeckiej agentury przestali nazywać mnie dzikim lustratorem.

Bez znieczulenia

Nigdy nie ukrywałem, że o moim "nagłośnieniu" współpracy ks. Czajkowskiego z SB zadecydował w jakimś stopniu czynnik emocjonalny, przede wszystkim lektura rozmów Jana Turnaua z księdzem profesorem "Nie wstydzę się Ewangelii". Nie znaczy to jednak, że podejmując tę suwerenną decyzję, nie kierowałem się moim rozumieniem interesu narodowego i poczuciem odpowiedzialności. Alternatywą było według mnie pojawienie się ks. Czajkowskiego w otoczeniu papieża Benedykta XVI choćby podczas Jego wizyty w obozie śmierci w Auschwitz. Kto byłby w stanie zaręczyć, że przemawiając w tym miejscu przed kamerami zachodnich stacji telewizyjnych, ksiądz profesor (jako współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów) nie pozwoli sobie na powiedzenie czegoś, co uderzy w polską rację stanu, skoro agent nie ujawniony nie przestaje być agentem? Niewielu komentatorów (chlubnym wyjątkiem jest z całą pewnością Krzysztof Wyszkowski) dostrzegło ów aspekt sprawy.

Stanowisko Kościoła instytucjonalnego w sprawie lustracji pozostawiało, niestety, swobodę manewru wszystkim, którzy o współpracy ks. Czajkowskiego ze służbami wiedzieli. A wiedzieli o niej od dawna nie tylko jego oficerowie prowadzący i ich moskiewscy mocodawcy. Z materiałów przechowywanych w archiwach IPN wynika, iż w ręce zmarłego przed 15 laty ks. Zdzisława Seremaka, który studiował z ks. Czajkowskim na KUL-u i w Rzymie, wpadły jakieś demaskujące kolegę materiały wywiadu. Najwidoczniej uznano wówczas, iż pozbawienie informatora służb możliwości pełnienia funkcji sekretarza arcybiskupa Kominka, będzie wystarczającym "środkiem zaradczym".

Józef Puciłowski OP pisze w lipcowej "Więzi": "Tej nocy nie zapomnę nigdy: wieczorem Maciek zakomunikował mi, że jutro Życie Warszawy ujawni, iż Michał był t.w.. I jeszcze spytał, czy się tego nie domyślałem. - Tak - ale to powiedział we mnie ktoś inny, nie ja [.]". A więc nieoficjalne wieści rozchodzą się wśród duchowieństwa w miarę szybko. Czy jednak wszystko w tym przypadku mogło być od dawna tajemnicą poliszynela? Na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię. Wydarzenia z czerwca świadczące o zmianie stosunku kurii krakowskiej do ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i nowe "lustracyjne" inicjatywy abp. Józefa Życińskiego zdają się jednak świadczyć, że z raportem "Więzi" pogodzono się w niektórych środowiskach, co najmniej na miesiąc przed jego ostatecznym zredagowaniem.

Ilość nie przeszła w jakość

Czerwiec obfitował w pomysły zmierzające do poddania procesów lustracji duchownych kontroli Kościoła hierarchicznego. Najbardziej charakterystycznym przykładem jest chyba "Pasterski Kwadrans" abp. Życińskiego wygłoszony 10 czerwca na antenie Archidiecezjalnego Radia eR. Jak wynika z komunikatu PAP, podczas tej audycji metropolita lubelski "poprosił, aby zgłaszały się do niego osoby, które z dokumentów otrzymanych z Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) dowiedziały się, iż w czasach PRL donosili na nich księża lub inne osoby związane z Kościołem". Domyślam się, że tak właśnie niektórzy hierarchowie wyobrażają sobie ucywilizowaną lustrację. To, co nieoswojone, jest ex definitione dzikie, moje artykuły noszą więc, tak czy owak, znamiona "dzikiej lustracji", pomimo iż nie rzucam pod niczyim adresem inwektyw i piszę tylko o tym, co znajduje potwierdzenie w dokumentach. Najgorsze, że nie bardzo wiem, jak dać się ucywilizować, skoro nie podlegam jurysdykcji diecezjalnej i, co gorsze, nie wykluczam z góry, że wśród donoszących księży mógł trafić się ktoś, kto został następnie biskupem. Do kogo w takiej sytuacji mógłbym udać się na skargę?

Moje rozterki pogłębili autorzy listu wdzięczności wobec ks. Czajkowskiego zjednoczeni przekonaniem, że tak naprawdę nie jest ważne, że ktoś służył kiedyś zbrodniczej sprawie i czerpał z tego zyski. Istotne są jego zasługi dla grupy, którą w danej chwili reprezentuje. "Jeśliby uciszyć histeryczną wrzawę wokół lustracji - czytam w "Midraszu" - i spokojnie zastanowić się - to przecież donoszenie przyniosło nadspodziewanie mało skutków. Czy donosy Maleszki rozbiły opozycję? Czy Kościół został zniszczony lub złamany?".

Znamienne jest, że autorka tego listu i zarazem sygnatariuszka "listu wdzięczności" nie pyta o los konkretnych osób, na które donoszono: o Stanisława Pyjasa, ks. Jerzego Popiełuszkę, czy choćby o metody, jakie bezpieka stosowała wobec ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Czy można w tym przypadku uznać za fakt bez znaczenia, że jej nazwisko figuruje wśród "jedynek" w Aktach Osobowych, a nazwiska kilku innych osób wyrażających swoją solidarność z ks. Czajkowskim pojawiają się wśród danych ewidencyjnych Departamentu I MSW? Sprawa księdza profesora ma swoje "przyległości" zasługujące na osobne zbadanie.

Jako były

I jeszcze coś, co ilustruje podobny mechanizm zachowań wśród emigrantów. Kiedy uplasowani w mediach obrońcy księdza Czajkowskiego zaczęli na gwałt szukać czegoś, co można by wykorzystać przeciwko mnie, kilka osób z Ann Arbor pośpieszyło z wyjaśnieniami, że od 12 lutego nie jestem członkiem Kongresu Polonii Amerykańskiej. Użyto bezprawnie w tym celu mojej prywatnej listy e-mailowej, na którą rozsyłam "Okólnik Lustracyjny". Był to akt świadomej dezinformacji. W lutym miała rzeczywiście miejsce próba usunięcia mnie z Oddziału KPA w Ann Arbor przez kilku utytułowanych przedstawicieli PRL-owskiej nauki, którzy poczuli się urażeni moim Okólnikiem i zagrożeni pomysłami legislacyjnymi, władze stanowe KPA uznały jednak decyzję usunięcia mnie z organizacji za niezgodną ze statutem. Nie tylko ją unieważniły, ale pod groźbą odebrania Oddziałowi prawa do prowadzenia jakiejkolwiek działalności pod szyldem Kongresu, zażądały bezwzględnego wywiązywania się z obowiązków statutowych, także w zakresie finansowym. Oznacza to, że 80 proc. dochodów ze składek członkowskich Oddziału musi być przekazywana za pośrednictwem Wydziału Stanowego Michigan do Biura Krajowego KPA, z czego od czasu mojego ustąpienia z funkcji prezesa i następnie wiceprezesa Oddziału (1994) skutecznie się wymigiwano. Znając przywiązanie miejscowej agentury do wartości materialnych i jej metody działania, spodziewam się raczej, że to grupa trzymająca dziś władzę w Oddziale wystąpi z KPA i założy nową organizację.

Piszę o tym, gdyż jeden z moich lokalnych przeciwników (PRL-owski stypendysta w USA w latach siedemdziesiątych) nawiązał właśnie do sprawy ks. Czajkowskiego i po zapoznaniu się z decyzją Wydziału Stanowego KPA wysłał doń list otwarty, w którym użył "argumentu wielkiej liczby". "Jako były członek i działacz Solidarności Walczącej" miał mi w nim za złe, że ujawniając współpracę księdza Czajkowskiego z SB w przeddzień wizyty papieża w Polsce, dałem postkomunistycznym mediom asumpt do ataków na Kościół, i zapewnił, iż konflikt w Oddziale Ann Arbor nie jest wynikiem różnic stanowisk w sprawie lustracji, lecz konsekwencją jakichś tajemniczych "interpersonalnych [.] sporów" między mną a "przytłaczającą większością członków Kongresu". Domyślam się, że jako osoba korzystająca w swoim czasie z komunistycznych przywilejów, autor owego listu chętnie widziałby Ojca Świętego w towarzystwie komunistycznego agenta, który przemawiając w hitlerowskim obozie śmierci, obarcza swoich rodaków współodpowiedzialnością za Holocaust. Mam jednak poważne wątpliwości, czy "przytłaczająca większość", z którą identyfikuje się mój adwersarz, równie chętnie utożsamiłaby się z jego politycznym wyrobieniem i zdolnościami przywódczymi, skoro doprowadziły one do kompromitacji całej grupy osób.

Na szczęście, w polityce nie wszystko da się przełożyć na łacińską sentencję nec Hercules contra plures . Bardziej niż siła mięśni i zdolność do oszustw finansowych, liczy się tu wierność zasadom i odwaga myślenia opartego na słowach prawdy. Jeśli do podobnych wniosków dojdzie więcej Polaków w Michigan, będzie to dla mnie jeden powód więcej, by mówić o satysfakcji bez przymiotnika.

Tadeusz Witkowski
"Życie Warszawy", 1 sierpnia 2006

27.01.2007r.
RODAKpress

 

 
RUCH RODAKÓW : O Ruchu Dolacz i Ty
RODAKpress : Aktualnosci w RR Nasze drogi
COPYRIGHT: RODAKnet
NASZE DROGI - button AKTUALNOŒCI W RR NAPISZ DO NAS