RODAKpress - head
HOME - button

Polityczne i metapolityczne konsekwencje udziału w moskiewskiej paradzie - Jacek Bartyzel

 

 

 

 

 

 


Polityczne i metapolityczne konsekwencje udziału w moskiewskiej paradzie

Przyszłe podręczniki historii, politologii i stosunków międzynarodowych będą zapewne podawać za wzór mistrzostwa w osiąganiu strategicznych celów politycznych sposób, w jaki przywódcy rosyjscy zdołali w tak krótkim czasie - kilku zaledwie tygodni od tragedii smoleńskiej - i tak minimalnymi nakładami, przekreślić poniesioną na przełomie 1989/90 roku stratę na rubieżach imperium w postaci utraty kontroli nad prowincją nadwiślańską.

Jakże mało, podkreślmy to raz jeszcze, trzeba było zainwestować, a jak ogromny i wręcz przechodzący zapewne oczekiwania zysk! Kilka pokazowych, duszoszczipatielnych gestów, tak lubianych przez wszystkie nacje słowiańskie, jak ten z podniesieniem zbolałego premiera Tuska przez zatroskanego Władimira Władimirowicza; "wielkoduszne" przyznanie się w końcu do mordu katyńskiego, która to sprawa tak naprawdę już od dawna była kulą u nogi Kremla, więc nadarzająca się okazja jej odrzucenia daje mu wizerunkową i polityczną korzyść nie do przecenienia; uznanie wkładu polskiego w pokonanie "germańskiego faszyzmu", wyrażone "zaszczytem" defilowania polskich żołnierzy zaraz po rosyjskich bojcach - i proszę: w Polsce ze wszystkich stron, z lewicy i prawicy, młodych i starych, aktorów i profesorów, ateuszy i biskupów, płynie nieprzerwany potok wiernopoddańczych aktów strzelistych, prawdziwy orgasmus wdzięczności i dozgonnej już, polsko-rosyjskiej miłości. Sam Jego Ekscelencja TW "Filozof" pobłogosławił pastersko zainicjowaną przez szeroki front "autorytetów" od Gazety Wyborczej po prof. Adama Rotfelda i red. Adama Szostkiewicza, akcję zapalania zniczy na grobach radzieckich "wyzwolicieli". Nawet pozujący na chłodnych analityków redaktorzy portalu konserwatyzm.pl "podniecili się zachowawczo" na wieść o zaszczycie drugiego miejsca dla Polaków w moskiewskiej paradzie. A przede wszystkim, z "niezależnych" i "pluralistycznych", jak wiadomo, szczekaczek me(r)dialnych wydobywa się z hałasem i częstotliwością młota pneumatycznego jednobrzmiący ryk: "przełom, przełom, przełom!", "ocieplenie, ocieplenie, ocieplenie!".

Nie wiem czy rację ma red. Stanisław Michalkiewicz twierdząc, że to sami razwiedczycy : mnie osobiście wydaje się, że niemało tam bezinteresownych "pożytecznych idiotów" czy niewolników własnych lub cudzych schematów pseudogeopolityki czy "realizmu". Coś jednak musi być na rzeczy, bo w tak znakomicie zorkiestrowanej epidemii polityki miłości jacyś "szatani muszą być czynni"; chyba nie powinniśmy nazbyt pochopnie odsyłać do lamusa historii wiedzy o niezliczonych "zwycięstwach prowokacji", którą zawdzięczamy Józefowi Mackiewiczowi czy o komunistycznej "strategii podstępu i dezinformacji", udostępnionej przez Anatolija Golicyna.

Gdybyż zresztą chodziło tylko o ów erotyczny szał, stymulowany telewizyjną wiagrą, to jeszcze byłoby pół biedy; to przecież tylko ów powabny naddatek, głaszczący uszy kremlowskich władców. Najważniejszy jest przecież sam nagi, polityczny fakt odzyskania przez Moskwę kontroli nad Polską, której stopień można porównać do sytuacji po "sejmie niemym" w 1717 roku. Oczywiście, Rosja będzie także w jakimś stopniu respektować interesy niemieckie, zwłaszcza na obszarach należących do b. Rzeszy przed 1937 rokiem, bo jest to rozwiązanie korzystne dla obu stron. Ceną, jaką musieliśmy zapłacić za ponowne wzięcie nas w protekcję "imperatorowej" (i te parędziesiąt teczek dokumentów sprawy katyńskiej, historykom i tak już znanych), z pewnością było ostateczne wyrzeczenie się uprawiania jakiejkolwiek aktywnej polityki zagranicznej na Wschodzie (a na Zachodzie też już się jej wyrzekliśmy, bo przecież od tego są komisarze unijni). Czy o tej kapitulacji obecnego rządu RP i formalnego p.o. Prezydenta (który jako "kuzyn imperatora" będzie nieomal samotnie odbierał defiladę u jego boku, bo przecież wiadomo już, że zachodni przywódcy jednak do Moskwy nie przyjadą) zadecydowała rozpacz bezsilności z racji poczucia, że obecna administracja amerykańska nie stwarza nawet pozorów, że Polska ma dla imperatora Zachodu jakiekolwiek znaczenie, a nasi potencjalni "partnerzy strategiczni" na Wschodzie ( vide wyczyny prezydenta Juszczenki czy uchwała Sejmu Litewskiego w sprawie polskich nazw) za najlepszy sposób realizacji tego partnerstwa uważają czynienie Polsce i Polakom dotkliwych afrontów, czy też jest to po prostu zwykły oportunizm i "tumiwisizm" tej formacji, która w polityce widzi tylko pijar, "żyrandole" i interesiki "Zbychów, Rychów i Mirów" - tego nie wiemy. Rezultat jest przecież w każdym wypadku taki sam: państwo polskie znalazło się na powrót w ścisłej strefie dominacji rosyjskiej.

Lecz przecież konsekwencje decyzji o wysłaniu polskich żołnierzy na moskiewską paradę zwycięzców i delegacji państwowej na najwyższym szczeblu (zaproszenie Wojciecha Jaruzelskiego jest tu doprawdy zupełnie drugorzędnym szczegółem) są jeszcze bardziej brzemienne i długofalowe od kwestii stricte politycznych. Oznacza to bowiem uznanie i legitymizację rosyjskiej (a faktycznie i historycznie - sowieckiej) wizji II wojny światowej i wynikającej stąd, wciąż aktualnej, koncepcji porządku światowego. Jak wiadomo, kto panuje nad przeszłością, ten panuje nad teraźniejszością, a kto panuje nad teraźniejszością, ten panuje nad przyszłością.

W tej "polityce historycznej", którą właśnie "suwerennie" uznaliśmy, II wojna światowa to gigantomachia sił Dobra i Zła, w której jedynym "imperium Zła" jest "faszyzm", czyli hitlerowska III Rzesza i wszyscy jej sojusznicy, natomiast "imperium Dobra" to antyfaszystowska koalicja "demokracji", lecz przecież summum bonum w tym imperium jest tylko radziecka demokracja socjalistyczna, która poniosła najwięcej ofiar i wniosła największy wkład w zwycięstwo nad "faszystowskim" demonem, jak babiloński bóg Marduk nad potworem Kingu. Świętowanie tej "kosmogonii", jaką był Dzień Zwycięstwa nad faszyzmem (nawiasem mówiąc, o totalności dzisiejszego triumfu kremlowskich panów świadczy i ten wymowny szczegół, że na powrót łykamy bez zakrztuszenia się ten fałsz, iż wojna zakończyła się 9 maja, podczas gdy przecież armia niemiecka skapitulowała przed aliantami zachodnimi dzień wcześniej w Reims, a podpisanie nazajutrz raz jeszcze tego aktu także przed armią sowiecką było wymuszone przez Stalina), sprawia, że mówienie odtąd o komunizmie jako o "imperium Zła" staje się jakimś niewyobrażalnie skandalicznym "bluźnierstwem": jakże nazwać "złym" boga Marduka, który pokonał potwora i na jego trupie wywiódł świat z chaosu do porządku?

Logika czczenia tej kosmogonii jest nieubłagana. I nie chodzi tu tylko o naszą ojczyznę, o to, że tak licznie znów objawieni czciciele "Marduka" przemarsz przez Polskę i jej podbój na powrót nazywają wyzwoleniem , pisząc to bez cudzysłowu (nawiasem mówiąc, można by im postawić pytanie: czy ziemie i miasta Rzeczypospolitej, zajęte przez krasnoarmiejców począwszy od 3 stycznia 1944 roku, jak Równe, Łuck, Lwów, Stanisławów, Nowogródek, Wilno czy Grodno, też zostały "wyzwolone", czy "tylko" Lublin, Warszawa czy Kraków?). Tam bowiem, gdzie zmagają się siły Dobra i Zła, tam wszystko, co z jakichkolwiek powodów przeciwstawiało się "Dobru", lub choćby stało mu na drodze, musi zostać potępione. Poddaję to pod rozwagę zwłaszcza prorosyjsko rozentuzjazmowanym prawicowcom.

Jeśli "złymi chłopcami" byli tylko Hitler i jego szajka, a druga strona to sami "dobrzy chłopcy", to musimy potępić rozpaczliwie walczących o swoją wolność Łotyszów czy Estończyków, admirała Horthy'ego i marszałka Antonescu, a bohaterskich Finów i ich wspaniałego marszałka Mannerheima uznać winnymi "napaści" na miłujący pokój Związek Sowiecki; musimy usprawiedliwić zaś rzeź tysięcy Chorwatów czy haniebne wydanie przez Anglików Sowietom na zagładę żołnierzy z antybolszewickich formacji różnych narodów. I nie koniec na tym: musimy także uznać za słuszne szalejące po wojnie we Francji czy Włoszech i dokonywane głównie przez tamtejszych komunistów, "antyfaszystowskie epuracje", skazanie na dożywocie mistrza prawicy Charlesa Maurrasa czy zamordowanie filozofa Gentilego, pochwalić zaś wydawanie amerykańskim lotnikom rozkazów zrzucania bomb na "gniazda papizmu", czyli zabytkowe kościoły we Włoszech i Francji, czy takie celowe prowadzenie działań wojennych, żeby obrócenie klasztoru na Monte Cassino w gruzowisko stało się nieuchronne, czy wreszcie potworne zbrodnie zmasakrowania Drezna w nalocie dywanowym i zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki - miasta akurat mające najwięcej katolików w Kraju Wiśni.

Winniśmy też delektować się wręcz tym wybornym żarcikiem jankeskiego wojaka, który w sanctum sanctorum chrześcijańskiej Europy, w Akwizgranie, rozparł się na cesarskim tronie Karola Wielkiego i strzelił sobie fotkę z przekrzywioną błazeńsko na swoim pustym, demokratycznym łbie, cesarską koroną. I jeśli zło absolutne to "faszyzm", a dobro absolutne to "demokracja" i "antyfaszyzm", to nie ma argumentu, który można by przeciwstawić tezie - jak najbardziej mieszczącej się w logice świętowania Dnia Zwycięstwa - o hiszpańskiej wojnie domowej, jako uwerturze do zmagań z faszystowską bestią w II wojnie światowej. Tylko patrzeć, jak "Dąbrowszczaków" i "generała Waltera" będziemy znowu uznawać za "naszych" kombatantów. Zresztą, przypomnijmy, że niewiele brakowało, by frankistowska Hiszpania też została z rozpędu "wyzwolona" - czego tak bardzo domagał się demokrata Józef Stalin - i tylko wyjście na plac przed Pałacem Królewskim w Madrycie miliona z okładem Hiszpanów, aby zademonstrować swoją solidarność z Szefem Państwa i gotowość do walki z ewentualnym najeźdźcą, ostudziło te zapały.

Powiedzmy bez ogródek: dla nas, i jako dla Polaków, i jako dla politycznych żołnierzy Tradycji, 9 maja nie jest i nie może być żadnym "Dniem Zwycięstwa". Zupełnie niezależnie od tego akcydensu historyczno-ideologicznego, jakim był fakt, iż najpierw same Niemcy poddały się dobrowolnie szajce morderców i rasistowskich obłąkańców, a później ta sama banda rozniosła pożogę i zbrodnię na świat, rok 1945 to tragiczny finał owej rozpoczętej Wielką Wojną Białych Ludzi 1914-1918 zagłady i samozagłady Starej Europy - tego największego doczesnego cudu w dziejach cywilizowanej ludzkości - dobijanej pod koniec wojny i po jej zakończeniu przez bolszewicką barbarię na Wschodzie a przez demokratycznych nuworyszy zza Atlantyku na Zachodzie.

Dlatego raczej zamknę oczy, aby nie widzieć tej hańby, że polski żołnierz będzie defilował w rocznicę tej pobiedy . I na pewno nie będę radował się - jak pewien notoryczny patriota PRL-u z PAX-owskiego chowu - tym, że w maju 1945 roku żołnierz LWP zatknął polską flagę na gmachu Reichstagu obok flagi radzieckiego "sojusznika". Prędzej, zadumany nad przemijaniem postaci świata, szklaneczką calvadosu czy lampką armagnac'a wzniosę bezgłośny toast ku czci żołnierzy z francuskiego Legionu Charlemagne i ich kapelana - legitymistę, ks. Jeana de Mayol de Lupé, którzy jako ostatni stawiali w Berlinie opór bolszewicko-kałmuckiej dziczy, broniąc przecież tak naprawdę nie zbrodniarza w ząbek czesanego, lecz Sacra Europa .

Jacek Bartyzel

11.05.2010r.
RODAKpress

***

"Nowonarodzony" antyfaszysta. O metamorfozie prof. Adama Wielomskiego - Jacek Bartyzel

Mam swoje lata, toteż zdolność do dziwienia się przypadkom i obrotom świata tego jest u mnie w sposób naturalny już przytępiona, przyznam jednak, że nie spodziewałem się, iż prof. Adam Wielomski posunie się (zob. Od legitymizmu do apologii III Rzeszy. O metamorfozie prof. Jacka Bartyzela ) do tak ordynarnego łgarstwa, żeby z drobnej wzmianki w moim tekście o toaście za walczących z bolszewikami żołnierzy z Charlemagne wyprowadzić tezę o mojej rzekomej sympatii do nazizmu i uprawianiu apologii III Rzeszy. Mój denuncjator wykazał chyba przy tym brak cierpliwości, bo znacznie lepszy efekt osiągnąłby, gdyby zamiast publikować swoje doniesienie w Internecie, zaniósł je do swojego imiennika - redaktora dużej "opiniotwórczej" gazety: tam uwielbiają takie kawałki demaskujące "nazioli", i jego elaborat mógłby być prawdziwą ozdobą weekendowego wydania Gazety Świątecznej .

Z politpoprawnymi donosami w zasadzie niepodobna, a nawet nie uchodzi, dyskutować; sądzę jednak, że kilka uściśleń należy się Czytelnikom obu tekstów.

1. Jest rzeczą charakterystyczną, że prof. Wielomski w najmniejszym nawet stopniu nie odnosi się do głównej (metapolitycznej) tezy mojego artykułu, iż udział w moskiewskiej defiladzie oznacza przyjęcie komunistyczno - sowieckiej (a przy nieco innym rozłożeniu akcentów - także demoliberalnej) metanarracji o II wojnie światowej, jako o starciu faszyzmu z antyfaszyzmem, zakończonym "chwalebnym" zwycięstwem tego drugiego. To zaś pociągać musi za sobą przynajmniej relatywizację zarówno pierwszej, jak i drugiej okupacji (a właściwie, jak słusznie pisał Józef Mackiewicz, czegoś znacznie gorszego niż okupacja.) sowieckiej, jako "mniejszego zła" niż okupacja niemiecka, w gorszym zaś wydaniu - traktowania jej jako "wyzwolenia", czyli jednak "większego dobra". W szerszej zaś perspektywie oznacza to wręcz uznanie komunizmu i jego (może przypadkowo, ale faktycznie) sowiecko-rosyjskiego centrum geopolitycznego za pełnoprawny składnik "świata cywilizowanego", wyklucza zaś przyjmowanie perspektywy fundamentalnie antybolszewickiej. Zwolennicy tezy o "anachroniczności" antykomunizmu po 1989 roku jakoś zupełnie zdają się nie zauważać, że czczenie owego "Dnia Zwycięstwa" zaprzecza ich mniemaniu, stanowiąc dobitny dowód petryfikacji czy może raczej galwanizacji owej "antyfaszystowskiej" metanarracji. W gruncie rzeczy zatem trudno się nawet dziwić, że mój oskarżyciel woli udawać, że nie dostrzegł tego mojego zasadniczego przesłania, bo inaczej musiałby próbować je podważyć, co z kolei kompromitowałoby go jako konserwatystę czy tradycjonalistę. Woli zatem pouczyć mnie w iście rewelacyjny sposób, że nazizm to ideologia tak samo zbrodnicza i antyboska, jak komunizm. Jak jednak pogodzić, bez urągania zasadzie niesprzeczności, regułę równego dystansu do obu antychrystów z aprobatą dla świętowania (i to jeszcze po 65 latach) zwycięstwa jednego antychrysta nad drugim?

2. Gdyby "polemikę" tę pisał jakiś niedouczony licealista, mógłbym zrozumieć, że nie potrafi on rozróżnić pomiędzy ideologią nazizmu a poglądami legitymistów czy innych nurtów prawicy, pomiędzy hitlerowską Rzeszą a jej mniej lub bardziej przymusowymi sojusznikami czy nawet ochotnikami walczącymi po jej stronie a przeciw bolszewii, pomiędzy wreszcie SS a cudzoziemskimi formacjami Waffen SS; w wypadku tego autora przecież takiej taryfy ulgowej zastosować nie można, bo musi on o tym wiedzieć doskonale. Owszem, z pewnością byli w tych ochotniczych formacjach również sympatycy nazistowskiej ideologii i systemu, czego nie da się usprawiedliwić (sam nie mogę zrozumieć jak katolik i niewątpliwie odważny człowiek, jakim był Degrelle, mógł widzieć w Hitlerze "chrześcijańskiego krzyżowca"). Niemniej, tym, co motywowało znakomitą większość owych ochotników, łącznie z niezależną od Waffen SS hiszpańską Błękitną Dywizją, nie był filonazizm (czy filogermanizm), lecz antykomunizm i właśnie wola obrony Europy przed bolszewickim najazdem. I za to należy się im ów skromny "toast", który tak rozwścieczył "nowonarodzonego" antyfaszystę.

Prawda jest taka, że w okresie II wojny światowej tradycjonalistyczni spadkobiercy "Starej Europy" byli już zbyt słabi, żeby móc stanowić zupełnie samodzielną siłę polityczno - militarną (dotyczy to zresztą również okresu przedwojennego, stąd hiszpańscy powstańcy musieli skorzystać z pomocy faszystowskich Włoch i hitlerowskich Niemiec; czyżbyśmy musieli i ich także za to potępić?). W tym, metaideowym, wymiarze zasadnicza rozgrywka toczyła się między trzema ideologiami świata rewolucyjnego: demoliberalizmem, faszyzmem/nazizmem i komunizmem. Równie tragiczne, na płaszczyźnie geopolitycznej, było położenie wszystkich narodów uwikłanych w tę wojnę i mielonych przez nią w żarnach trzech - że posłużę się terminologią red. Tomasza Gabisia z jego znakomitej książki Gry imperialne - imperiów: Imperium Germanicum, Imperium Sovieticum i Imperium Americanum. Jeśli to wszystko uwzględnimy, to każdy wybór sojuszników i wrogów zarówno na płaszczyźnie ideowej, jak narodowej, obarczony był jakąś skazą; żaden nie mógł być obiektywnie dobry, każdy był subiektywnie i relatywnie tylko gorszy lub lepszy, wyjąwszy te, które ewidentnie były aktem narodowej zdrady czy od początku ideologicznie motywowanej działalności na rzecz zwycięstwa systemu komunistycznego bądź narodowosocjalistycznego. Jeżeli natomiast bezwzględnie "złym" wyborem była np. bardzo powściągliwa, oznaczająca de facto neutralną pasywność, "kolaboracja" Pétaina, a bezwzględnie "dobrym" wybór dokonany przez de Gaulle'a, to "dobrem" musi być również dopuszczenie przez tego drugiego do współrządzenia komunistów, tolerowanie ich dzikich samosądów i więzienia NKWD pod Paryżem oraz przejście na pozycje obrony masońskiej republiki demokratycznej. I tak samo w odniesieniu do każdego innego kraju, łącznie z Polską. Przyjęcie daty 9 maja jako "Dnia Zwycięstwa" daje istotnie "proste" rozwiązanie tych dylematów - proste jak gilotyna kosząca narody "Pribałtyki" (jak to ze znamiennym wyczuciem językowym lubi pisać prof. Wielomski) czy monarchie Węgier, Rumunii i Bułgarii. Albo czcimy "Dzień Zwycięstwa nad faszyzmem" i Armię Czerwoną uważamy za wyzwolicieli, albo np. akceptujemy taktyczne porozumienie z Niemcami wycofującej się na Zachód Brygady Świętokrzyskiej NSZ.

3. Prof. Wielomski jest bezsprzecznie niepospolitym erudytą w zakresie literatury politycznej, jednak na polu literatury pięknej ma zadziwiające braki. Inaczej trudno wytłumaczyć zinterpretowanie mojej wzmianki o "Wielkiej Wojnie Białych Ludzi" jako wypowiedzi rasistowskiej, za którą to czujność zresztą zasłużył na pochlebną wzmiankę w Nigdy Więcej czy nagrodę od stowarzyszenia Rzeczpospolita Otwarta. Informuję przeto, że jest to tytuł cyklu powieściowego Arnolda Zweiga (1887-1968) - urodzonego w Głogowie niemieckiego Żyda, pacyfisty i syjonisty, a wreszcie komunisty. Tytuł ten - jak to często bywa - funkcjonuje nawet w oderwaniu od samego tego, sztandarowego dla literatury pacyfistycznej, dzieła, jako dość zgrabny metaforyczny skrót na oznaczenie wzajemnej rzezi, którą w latach 1914-1918 urządziły sobie narody europejskie, niczym Hutu czy Tutsi, tylko na jeszcze większą skalę.

4. Otwarcie przyznam, że te nieustanne "antyromantyczne" wypady mojego, wolnego od "szaleństwa", nieproszonego mentora są tak nudne, monotonne, jednostronne i sprzeczne z elementarną wiedzą o tym nurcie i tej epoce - jak choćby przez utożsamienie romantyzmu z rewolucyjnym demokratyzmem (czy hr. Krasiński to też "rewolucyjny demokrata"? albo tak ugodowy wobec caratu hr. Rzewuski?) - że najzwyczajniej nie chce mi się już z nimi polemizować. W obfitej nadprodukcji publicystycznej prof. Wielomskiego jest tyle materiału empirycznego, który pozwala wyrobić sobie pogląd na to, co w jego rozumieniu jest "romantyzmem" a co "realizmem", jak również w czym upatruje on "głupawkę" Polaków, w czym zaś (dostępną w zasadzie tylko jemu) krynicę mądrości, że zasadnie można odnieść do tych wynurzeń replikę, jakiej w Ziemi obiecanej Reymonta zajadle antypolskim wywodom bardzo "trzeźwego" niemieckiego bydlaka Kesslera udzielił polski szlachcic Kurowski: "Masz pan rację i nie masz pan racji. Świnia, gdyby rozumowała o orle, dajmy na to, rozumowałaby podobnie; gdyby porównała swoje niechlujstwo, swój brudny chlew, swoją ordynarność barbarzyńską, swoją siłę głupią i brutalną, swój wstrętny, rechoczący głos, swój rozum, sprowadzony tylko do najobfitszego nażerania się, gdyby to wszystko porównała z pięknościami orła, z jego żądzą swobody, z jego chęcią do podsłonecznych wzlotów, z jego dumą, miłością obszarów - znienawidziłaby go i pogardzała nim. To, coś pan mówił, nie jest syntezą, a tylko gniewnym warczeniem osobnika niższego gatunku" .

5. Jakże też dyskutować racjonalnie z tak ewidentną demagogią, jaką jest ciągłe insynuowanie zamiaru wszczynania "wojny z Rosją" jako rzekomo jedynej alternatywy dla bezwzględnej wobec niej uległości? Z drugiej strony, rozczula wprost u takiego statysty i "realisty" przywoływanie w funkcji argumentu deklarowanej treści "doktryny Miedwiediewa"; Stalin miał jeszcze słodsze dla Polaków deklaracje. Bardzo zresztą chciałbym nie mieć racji w tym wszystkim, co napisałem odnośnie do politycznych skutków tego tzw. ocieplenia stosunków polsko-rosyjskich. Jeżeli jednak nawet się myliłem w odniesieniu do już zaistniałych faktów, to nie ma żadnej wątpliwości, że przynajmniej na płaszczyźnie psychologicznej zostaliśmy już i - jak napisałem, niesłychanie szybko i łatwo - podbici. Lwia część polskiej "elity" polityczno - naukowo - artystyczno - eklezjalnej leży dziś przed Putinem rozłożona "jak k.a z rozdziwaczoną pindą" - by przywołać słynne powiedzonko Marszałka Piłsudskiego (wiem, wiem, powoływanie się i pisanie majuskułą "Marszałek Piłsudski" to na portalu "konserwatywnych realistów" zgroza i "obciach", w przeciwieństwie do wyrażania się z rewerencją i pisania majuskułą "Generał Jaruzelski"). Trudno o lepszy tego dowód, jak sławetny "apel zniczowy" naprawdę sporego kierdla tych autorytetów (zob. http://www.9maja.pl/popieraja.php ). Rozumiem, że pryncypialnym zdemaskowaniem "nazisty" Bartyzela prof. Wielomski złożył właśnie listy uwierzytelniające przed tym dostojnym areopagiem. Może go tam w końcu przyjmą (zasługi w "pisożerstwie", zwalczaniu IPN, żarliwej obronie agentury, w tym "ojców - konfidencjonałów", też przecież mają swoją wagę), chociaż pewnie jeszcze będzie musiał pokajać się za liczne bluźnierstwa przeciw panującej ideologii demoliberalnej. Furda to jednak, przecież jako "realista" wie, że aby "wejść w struktury partii hegemonicznej i znaleźć tam dla siebie pewną przestrzeń pozwalającą przetrwać", trzeba "przemodelować swój dyskurs polityczny" (zob. Platforma Obywatelska, LPR i PAX ).

6. Na tym kończę definitywnie jakąkolwiek wymianę zdań z "byłym" - nie "tradycjonalistą", bo jest mi w gruncie rzeczy obojętne, jaką etykietką raczy opatrzyć zarówno siebie, jak i mnie - lecz z "byłym kolegą". Dyskutowanie z delatorem publicznym, który zniża się do stosowania reductio ad Hitlerum , nie mieści się bowiem w moich standardach, nawet nie tyle moralnych, lecz po prostu towarzyskich.

Jacek Bartyzel

14.05.2010r.
Bibuła

 
RUCH RODAKÓW : O Ruchu Dolacz i Ty
RODAKpress : Aktualnosci w RR Nasze drogi
COPYRIGHT: RODAKnet
NASZE DROGI - button AKTUALNOŒCI W RR NAPISZ DO NAS