O RUCHU RODAKÓW
PRZYSTAP DO RUCHU RODAKÓW
RODAKpress - head
HOME - button

Polacy nad Tybetem - Franciszek Grabowski

 

 

 

 

 

 


Polacy nad Tybetem

Dla większości Polaków, podobnie jak innych mieszkańców Zachodu, Tybet jest wielką niewiadomą, na poły mityczną krainą kojarzoną z niezwykle wyidealizowanym obrazem z książek i filmów. Tymczasem historia tego państwa, a szczególnie konfliktu z Chinami, jest bardzo skomplikowana.

Osadnictwo obecnych Tybetańczyków sięga V wieku po narodzeniu Chrystusa, dwieście lat później Tybet stanowił już zagrożenie dla sąsiednich Chin, Indii Mauriów i Nepalu. Kolejne wieki przyniosły najazd Mongołów i pierwsze próby podporządkowania Tybetu Chinom. Równocześnie w Tybecie zaczęły się umacniać wpływy buddyjskie, co stopniowo doprowadziło do przejęcia w XVII wieku całkowitej władzy przez V Dalajlamę. Tybet pod rządami kolejnych Dalajlamów powoli popadał w izolacjonizm, a w konsekwencji zacofanie i jako taki był opisywany przez misjonarzy, którzy odwiedzili ten kraj w XVIII wieku.
Druga połowa XIX wieku była okresem agresywnej ekspansji mocarstw kolonialnych. Brytyjczycy i Amerykanie przodowali w siłowym wymuszaniu korzystnych dla nich umów handlowych, których ofiarą padły Chiny i Japonia. Równie aktywnie poczynali sobie Rosjanie. Na przełomie wieków przyszła kolej na Tybet, w którym Brytyjczycy czuli się coraz bardziej pewnie. W latach 1903-1904 na rozkaz wicekróla Indii Lorda Curzona (u nas znany jako twórca linii Curzona) Francis Younghusband na czele trzytysięcznej armii (oraz siedmiu tysięcy pomocników, tragarzy, itp.) krwawo podbił Tybet, wiążąc go umowami o wolnym handlu i ustaleniu granic. Następujące po tym umowy: anglo-chińska z 1906 roku i anglo-rosyjska z 1907 roku regulowały status Tybetu jako terytorium niezależnego pod zwierzchnictwem Chin (notabene umowa anglo-rosyjska regulowała także status Afganistanu jako znajdującego się poza rosyjską strefą wpływów i została wypowiedziana przez bolszewików w 1918 roku). W tym okresie Chiny próbowały przejąć kontrolę nad Tybetem, ale upadek cesarstwa, a następnie proklamowanie Republiki Chińskiej położyły kres tym ambicjom. Do końca 1912 roku wojska chińskie opuściły Tybet, który ogłosił swoją niepodległość.

Misja specjalna
W październiku 1950 roku komunistyczne Chiny zaatakowały niezależny wówczas Tybet. W maju następnego roku rząd Tybetu został zmuszony do podpisania siedemnastopunktowego porozumienia podporządkowującego Tybet Chińskiej Republice Ludowo-Demokratycznej. Umowy te były jednak przestrzegane tylko w Lhasie, a na prowincji kontynuowano czystki. Postępująca degradacja Tybetu doprowadziła w 1956 roku do wystąpień zbrojnych.
Działalność opozycyjnych grup tybetańskich początkowo nie zainteresowała CIA, ale brak sukcesów w innych przedsięwzięciach poniekąd zmusił Amerykanów do zajęcia się tym projektem, któremu nadano kryptonim "St Circus". Pierwszą część tej operacji nazwano "St Barnum".
Wiosną 1957 roku wytypowano pierwszą szóstkę kandydatów na skoczków (wśród nich był Gyato Wangdu, ostatni dowódca Chushi Gandrug - partyzantki tybetańskiej) i wysłano ich na wyspę Saipan, gdzie podczas półrocznego kursu nauczono ich posługiwania się różnymi rodzajami broni, taktyki walki partyzanckiej, podstaw szpiegostwa i obsługi radiostacji. Równocześnie pojawił się problem załóg zdolnych do przerzucenia agentów głęboko na terytorium Chińskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej.
Amerykanie dysponowali na Tajwanie dość silnym, zorganizowanym lotnictwem, opierającym się na założonej przez generała Claire Lee Chennulta "linii lotniczej" Civil Air Transport, odkupionej następnie przez CIA, oraz na współpracujących z nią lotnikach Czang Kai Szeka. W wyniku incydentów, do których doszło na przełomie 1952 i 1953 roku, obywatele USA mieli zakaz uczestniczenia w tajnych operacjach związanych z naruszaniem granic i w związku z tym prowadzili je Chińczycy z Tajwanu. W zakres prowadzonych działań wchodził przerzut agentów i rozpoznanie foto- i radioelektroniczne.
Niespodziewanie jednak pojawił się poważny problem natury politycznej. Tajpej podobnie jak Pekin nie uznawało odrębności Tybetu. Istniała poważna obawa, że Chińczycy będą sabotować całą operację, więc trzeba było szukać innych rozwiązań. Takie znalazło się nadspodziewanie szybko, gdy Gar Thorsrud, zastępca wydziału lotniczego dalekowschodniego oddziału CIA (Far East Division), przypomniał sobie o... polskich lotnikach.
Polacy od lat stanowili trzon lotnictwa wywiadu amerykańskiego, początkowo Office of Policy Coordination, potem przekształconego w Central Intelligence Agency. Loty rozpoczęli już w 1950 roku, wykonując operacje przerzutu agentów albańskich, a później także bułgarskich i rumuńskich z bazy w Atenach. Wkrótce polski kontyngent powstał też w Wiesbaden, skąd prowadzono loty na terytorium państw bałtyckich, Białorusi, Ukrainy, Polski, ale także Rosji. Operacje te nie spełniły pokładanych nadziei, a większość skoczków została zatrzymana wkrótce po zrzucie, w związku z czym do połowy lat 50. loty uległy stopniowemu wygaszeniu.
Polacy wyrobili sobie w tych lotach doskonałą opinię i znaleźli zatrudnienie przy kolejnym programie CIA, wykonując loty szpiegowskie na samolotach RB-69A Neptune bazujących w Wiesbaden. Operacjom tym nadano kryptonim "Project Cherry". W sumie w tym okresie służyło około 20 polskich pilotów.
Gar Thorsrud zwrócił się więc do swojego europejskiego odpowiednika o wypożyczenie dwóch pięcioosobowych załóg. Do wykonania misji wybrano samolot B-17 Flying Fortress (latająca forteca), jeden z kilku wykorzystywanych przez lotnictwo Republiki Chińskiej do przerzutu agentów. Samoloty miały zdemontowane wyposażenie bojowe, zainstalowane tłumiki płomieni i były dostosowane do zrzutu skoczków i zasobników. Całości dopełniało pozbawione znaków przynależności państwowej jednolicie czarne malowanie i umieszczony na małej demontowalnej tabliczce numer ewidencyjny. W międzyczasie, 21 sierpnia 1957 roku, samolot U-2 wykonał serię fotografii lotniczych Tybetu w celu sporządzenia map. Rozpoczęła się operacja "St Barnum".
W połowie września 1957 roku dyrektor CIA Allen Dulles zaakceptował plan operacji. Wtedy do bazy Clark na Filipinach przybyły z Wiesbaden pod eskortą tamtejszego oficera prowadzącego Monty'ego Ballewa dwie pięcioosobowe polskie załogi pod dowództwem Franciszka Czekalskiego i Jana Drobnego. W ich składzie byli m.in. Józef Korczowski, Franciszek Kot i Ksawery Wyrożemski. Robert Kleyla, oficer zarządzający oddziałem przy lotnictwie Republiki Chińskiej, przyprowadził z Tajwanu samolot B-17 z zadaniem przeszkolenia Polaków na ten typ. Choć żaden z nich na tych samolotach jeszcze nie latał, Kleyla zauważył, że: "byli oni dobrze wykwalifikowani w lotach na samolotach czterosilnikowych".
Następnie Polaków przeniesiono wraz z samolotem do bazy Kadena na Okinawie, gdzie kontynuowano szkolenie z Tybetańczykami i doskonalono szczegóły techniczne. Miejscowy szef oddziału zaopatrzenia lotniczego CIA James McElroy opracował niezbędne modyfikacje standardowego spadochronu T-10 oraz wdrożył system łączenia skoczka z zasobnikiem za pomocą zrywanej liny o długości 90 metrów, a mającej zapobiec jego zagubieniu. Wszystko to było niezbędne do lądowania w terenie przygodnym na płaskowyżu położonym 4500 metrów n.p.m.
Tybetańczycy, przyzwyczajeni do dużych wysokości, doskonale poradzili sobie ze szkoleniem i po wykonaniu czterech skoków wszyscy zostali zakwalifikowani do misji.

Tajny lot
Na początku października, gdy panowały optymalne warunki atmosferyczne i księżyc znajdował się w odpowiedniej fazie, rozpoczęto operację. Na pokład załadowano ważące ok. 115 kg zasobniki (dla wygody transportu dało się je szybko podzielić na pakunki po mniej więcej 35 kg przenoszone w specjalnych kamizelkach) zawierające wyposażenie radiowe z częściami zamiennymi oraz broń osobistą, Tybetańczyków oraz obie polskie załogi, po czym samolot wykonał przelot na lotnisko Kurmitola we Wschodnim Pakistanie (obecnie Bangladesz), położonym 13 km na północ od Dacci. Znajdował się tam stary pas startowy zbudowany podczas II wojny światowej i kilka opuszczonych zabudowań, a przez środek lotniska przebiegała główna droga północ-południe, w związku z czym miejscowy oddział wojska musiał zorganizować objazd. Na miejscu czekały złe wiadomości: po lądowaniu okazało się, że technik CIA mający zapewnić łączność w bazie został porażony prądem podczas stawiania anteny, zaś ZSRS wysłał w kosmos pierwszego satelitę - sputnika.
Nie zważając na to, przygotowania szły pełną parą. Zadecydowano, że dla bezpieczeństwa operacji oba zespoły skoczków zostaną zrzucone w jednym locie, do którego wytypowano załogę Czekalskiego. Zaplanowana trasa lotu wiodła przez terytorium Indii, więc by uchronić się przed wykryciem przez radar w Kalkucie, samolot miał się skryć na tle Himalajów. Później miał lecieć na północ w rejonie Sikkim i dokonać pierwszego zrzutu w okolicach Brahmaputry, następnie w poprzek płaskowyżu tybetańskiego dolecieć do Kham, tam dokonać drugiego zrzutu i lecąc kursem południowo-zachodnim, poprzez przestrzeń powietrzną Indii, powrócić do bazy Kurmitola. Thorsrud stwierdził, że: "To będzie łatwy lot dla Polaków".
Wzdłuż nieposiadającego oświetlenia pasa startowego rozpalono ogniska, a na samolot pod nadzorem "Big Mac" Korczowskiego, który był wyrzucającym, oraz Rogera McCarthy'ego załadowano dwa zasobniki.
Lot niespodziewanie opóźnił się o jeden dzień ze względu na pechową dla Tybetańczyków datę. Wreszcie, gdy wszyscy skoczkowie znaleźli się na pokładzie i samolot był gotowy do odlotu, popsuła się pogoda. Dopiero po trzech dniach pełnego napięcia oczekiwania, zachmurzenie ustąpiło na tyle, by w ostatnią noc pełni podjąć próbę operacji. Gdy Tybetańczycy zajęli miejsca w kabinie transportowej i rozpoczęli buddyjskie modlitwy, po raz ostatni zobaczyli swojego oficera prowadzącego, po czym pozdrowili go znakiem krzyża. Mustakos wspominał: "Nauczyłem ich znaku krzyża i teraz szukali podwójnego błogosławieństwa".
Po starcie Czekalski poleciał zaplanowaną trasą na północ w kierunku korytarza Sikkim, po czym wzniósł się ponad Himalajami i skierował na płaskowyż tybetański. Pomimo dużej wysokości Tybetańczycy nie używali tlenu. Gdy samolot zaczął się zbliżać do celu - szerokiej wydmy nad rzeką Tsangpo blisko świątyni Samye, około 60 km na południe od Lhasy - na znak Korczowskiego Athar Norbu i Lotse przeszli w okolice otworu desantowego. Norbu przypiął do uprzęży koniec liny łączącej go z zasobnikiem i czekał na sygnał.
Gdy B-17 trafił na miejsce, pilot dał sygnał lampą. Korczowski zwolnił wtedy mocowanie zasobnika, który wyleciał przez otwór w podłodze. Zaraz za nim wyskoczył umocowany do niego liną Norbu, a potem Lotse. Norbu tak zapamiętał tę chwilę:
"Tsangpo pojawiła się pod nami. Mogliśmy ją dostrzec błyszczącą w ciemnościach. Nie było chmur, noc była czysta. Uczucie radości przebiegło mnie, gdy zorientowałem się, że będziemy mogli skakać. Samolot obniżył lot i na sygnał 'Go!' wylecieliśmy, koziołkując z samolotu".
Po wykonaniu zrzutu B-17 obrał kurs na wschód. Po przybyciu do Kham okazało się, że całe niebo jest zachmurzone, co uniemożliwiało odnalezienie strefy zrzutu. W związku z tym załoga z pozostałym ładunkiem wróciła do Kurmitoli.
Tymczasem wszystkie spadochrony otworzyły się prawidłowo i obaj agenci szczęśliwie wylądowali w piaskach na północ od Brahmaputry. Po uwolnieniu się od uprzęży obaj odpięli steny przymocowane na piersiach i ukryli się, obserwując teren. Mimo iż lądowanie nastąpiło około 350 metrów od małej osady, obaj pozostali niezauważeni. Powróciwszy do zasobnika, rozpakowali go, przebrali się w tybetańskie ubrania, po czym zakopali wyposażenie w piasku w pobliżu miejsca zrzutu, biorąc tylko radiostację oraz po jednym pistolecie i granacie.

Radiostacja nadaje
Rankiem obaj poszli do osady, gdzie dowiedzieli się, że mieszkańcy słyszeli przelot samolotu, ale nie wiązali go z tajemniczymi przybyszami. Ci, ze względu na częstą obecność kupców i nomadów, nie wzbudzili podejrzeń. Obaj agenci poczekali jeszcze dwa dni na dalszy rozwój wydarzeń, po czym udali się na pobliskie wzgórze, by nadać meldunek. Ku ich goryczy okazało się, że radiostacja uległa uszkodzeniu. Pozostawiwszy aparat, udali się do osady w pobliżu świątyni Samye, gdzie w tłumie pielgrzymów znowu nie wzbudzili podejrzeń. Tam zakupili konie i żywność, po czym udali się w stronę doliny Woka. Po drodze natknęli się na grupę siedmiu pielgrzymów udających się do Lhasy. Ponieważ agenci znali dwóch z nich, postanowili ich zaprzysiąc i poprosili o przekazanie wiadomości kupcowi Gompo Tashi Andrugtsang oraz młodszemu bratu Lotse zamieszkałym w Lhasie. Sami wrócili na miejsce zrzutu i odkopali zapasową radiostację. W paru zdaniach opisali swoją działalność przez ostatnich dziesięć dni i nadali wiadomość. Niestety, słabo znający własne pismo Tybetańczycy popełnili sporo błędów, dokonując transkrypcji na alfabet łaciński. W efekcie cały przekaz okazał się niezrozumiały, oprócz najważniejszego faktu - agenci nadawali wiadomości z Tybetu. Wzbudziło to niekłamany entuzjazm.
W oczekiwaniu na kolejną pełnię księżyca Polacy wrócili do bazy Clark Field, a Tybetańczycy na Okinawę. Kolejnej próby podjęto się w pierwszym tygodniu listopada. Tym razem pogoda sprzyjała i operacja przebiegała bez przeszkód. Po odnalezieniu rzeki Lithang przepływającej przez miasto o tej samej nazwie leżące w prowincji Kham, pilot zszedł nisko ponad wierzchołki gór. Po odnalezieniu okolicy Molha Khashar dał lampą sygnał do skoku. Gdy skoczkowie ustawili się przed otworem, Changra Tashi stracił przytomność. Wyrzucający odciągnął go na bok, a następnie wyrzucił zasobnik, po którym skoczył umocowany do niego Tsewang Dorje, a za nim Cho Bhulu i Gyato Wangdu. Po wykonaniu zadania B-17 powrócił z nieprzytomnym Tashi do bazy.
Spadochroniarze bez przeszkód wylądowali na zboczu porośniętym drzewami iglastymi i podzieliwszy się sprzętem, wspięli się, by ukryć się w górach. Po niespokojnej nocy wypełnionej odgłosami toczonych w pobliżu walk o świcie stwierdzili, że zostali zrzuceni 14 km od planowanej strefy zrzutu. Ukrywszy sprzęt, po całodziennej wędrówce udało im się dotrzeć do obozowiska partyzantów na sąsiedniej górze. Stamtąd w większej grupie powrócili po sprzęt i 48 godzin po zrzucie nadali sygnał potwierdzający udane lądowanie. Niestety, niedługo później obaj towarzysze Wangdu zginęli w walce z Chińczykami, a on sam ledwie uszedł z życiem.
Polacy powrócili samolotem na lotnisko Clark Field, a stamtąd polecieli z powrotem do Wiesbaden. Tashi udał się do Tybetu drogą lądową, ale nigdy nie dotarł do celu, w drodze został zabity przez Chińczyków.
Do kontynuowania akcji zrzutowych dla Tybetu doszło rok później, jesienią 1958 roku, ale nic nie wiadomo o udziale w nich Polaków. Loty te zakończyły się w maju 1960 roku po zestrzeleniu nad Swierdłowskiem U-2 Francisa Garry Powersa i wydanym w następstwie zakazie lotów nad krajami "demokracji ludowej". Tymczasem prowadzona od marca 1959 roku, czyli od ucieczki Dalajlamy, ofensywa Chińczyków doprowadziła do rozbicia oporu Tybetańczyków i opanowania większości terenu. W związku z tym obozowiska partyzantów przeniesiono do sąsiadującego Nepalu. W 1965 roku doszło do poważnego konfliktu Chin Ludowych z ZSRS, który zakończył się zerwaniem ścisłej współpracy między oboma mocarstwami - Chiny stały się cichym sprzymierzeńcem Zachodu. W tym samym okresie dokonano ostatniego zrzutu do baz w Nepalu, po czym Amerykanie nakazali Tybetańczykom zakończenie działań zbrojnych. Jednak to polecenie zostało zupełnie zignorowane. W 1968 roku Amerykanie ostatecznie wycofali się z wszelkiej pomocy partyzantom tybetańskim. Ich niedobitki walczyły jeszcze parę lat, ale "normalizacja" stosunków przyniosła temu kres - w lipcu 1974 roku Khampa otrzymali od Dalajlamy rozkaz złożenia broni. Gyato Wangdu, obawiając się uwięzienia, podjął z kilkoma partyzantami próbę przedostania się do Indii. Ścigany przez wojska nepalskie zginął w walce osaczony zaledwie 30 km od granicy, niecałe 17 lat po swoim skoku do Tybetu.
W ten tragiczny sposób zamknęła się historia zbrojnej walki Tybetańczyków o niepodległość własnego kraju. Historia, w której pojawił się drobny, jakkolwiek istotny polski akcent. Nie sposób jednak nie powstrzymać się od głębszej refleksji. Pół wieku temu, w środku "zimnej wojny", Tybetańczycy zostali wykorzystani w rozgrywce przeciwko komunistom, a następnie zdradzeni i pozostawieni samym sobie, gdy nagle doszło do przetasowań pomiędzy mocarstwami. Los, niestety, tak doskonale znany nam, Polakom. Obecnie Tybet znowu jest "na fali" i w dobrym tonie jest udzielać poparcia Dalajlamie. Pytanie tylko, na ile szczere są intencje organizatorów takich akcji? Czy chodzi tu o wolność Tybetu, czy może jest to rozgrywka mająca na celu osłabienie Chin, które zdążyły już wyrosnąć na jedno z przodujących mocarstw świata, ale nie osiągnęły jeszcze w pełni swoich aspiracji? Znamienne jest przy tym, że tak chętnie szermujący "prawami człowieka" zupełnie zapomnieli o innych narodach tworzących Chińską Republikę Ludowo-Demokratyczną, które widocznie nie muszą korzystać z takich "dobrodziejstw". Niestety, wiele wskazuje na to, że obecne działania ponownie będą ograniczać się do prowokowania kolejnego konfliktu, na którym zapewne znowu najwięcej stracą Tybetańczycy, a tzw. opinia publiczna w wygodnym momencie umyje ręce.

Franciszek Grabowski

Cytaty pochodzą z książki autorstwa Kennetha Conboya i Jamesa Morrisona "The CIA's Secret War in Tibet" oraz ze strony internetowej A Cold War in Shangri La - The CIA in Tibet.

14.03.2009r.
Nasz Dziennik

 
RUCH RODAKÓW : O Ruchu Dolacz i Ty
RODAKpress : Aktualnosci w RR Nasze drogi
COPYRIGHT: RODAKnet
NASZE DROGI - button AKTUALNOŒCI W RR NAPISZ DO NAS