O RUCHU RODAKÓW
PRZYSTĄP DO RUCHU RODAKÓW
RODAKpress - head
HOME - button
Kłopotliwa więź - TADEUSZ WITKOWSKI

 

 

 

 

 

 

 

 


Kłopotliwa więź

W trzeciej części "Przedwiośnia" Żeromskiego w otoczeniu Cezarego Baryki pojawia się postać komunisty, Antoniego Lulka. Ów "nadzwyczajnie oczytany i świetny dialektyk" miał jedną zabawną przypadłość. Gdy mówił o działaniach socjalistów, "nos jego przybierał kolor jasnozielony a oczy zawściągały się bielmem [.] po prostu dlatego, że nienawiść w jego duszy wzrastała w stosunku odwrotnie proporcjonalnym do różnic ideowych: im różnice były mniejsze, tym nienawiść większa". Kiedy czytałem "Przedwiośnie" w szkole średniej, postać owego bohatera kojarzyła mi się bardziej z gatunkiem groteski niż z powieścią realistyczną. Że jego postawa wobec socjalistów miała racjonalne uzasadnienie, zrozumiałem później: chodziło po prostu o władzę. Program socjalistów uniemożliwiał dostęp do niej właśnie takim jak Lulek.

Przypomniałem sobie tę postać w związku reakcjami na ujawnienie przeze mnie faktu współpracy księdza Czajkowskiego z SB. Wszyscy, którzy mieli mi to za złe, twierdzili że są za lustracją, tyle że trochę inną. Gdyby Lulek jakimś cudem dożył roku 2006, też prawdopodobnie byłby za trochę inną, bardziej ucywilizowaną lustracją. Po przygodzie z komunizmem i związanych z nią rozczarowaniach najpierw zapewne znalazłby się w kręgach konstruktywnej opozycji i kto wie, jeśli został ochrzczony, czy nie przystąpiłby do sakramentów i nie zapisał się do jakiegoś Klubu Inteligencji Katolickiej. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby "Gazeta Wyborcza" wykreowała go następnie na autorytet moralny. Jestem przy tym niemalże pewien, iż dołączyłby do grona obrońców księdza Czajkowskiego. Podobnie bowiem jak afirmacja przedwojennego programu polskich socjalistów tak i ujawnienie w kilkadziesiąt lat później agenta SB z bliskiego Lulkowi środowiska odebrane zostałoby przez niego jako polityczne zagrożenie. Tyle że nie chodziłoby tu już o zdobycie władzy, ale o ryzyko utraty tego, co niektórzy zyskali po roku 1989 dzięki komunistycznym służbom specjalnym.

Cena milczenia

Wszelka zorganizowana działalność społeczna była w systemie komunistycznym niemalże w całości koncesjonowana i uważnie kontrolowana przez ówczesny aparat ucisku. Mówię "niemalże", gdyż poza kontrolą aparatu pozostawała zawsze sfera ludzkich sumień. Jeśli jakaś władza miała nad nimi choćby częściową kontrolę, mogła to być tylko władza kościelna, a ta radziła sobie z komunizmem w miarę dobrze. Gdy w krajach ościennych od czterdziestu do pięćdziesięciu procent biskupów współpracowało ze służbami specjalnymi, Kościół w Polsce potrafił zachować daleko idącą niezależność. Być może dlatego po roku 1956 komuniści zezwoli na funkcjonowanie ruchu, który z jednej strony mógł być wyrazem autentycznych aspiracji przynajmniej części środowisk katolickich, z drugiej - poprzez swoje usytuowanie pomiędzy społeczeństwem i Kościołem a niesuwerenną władzą państwową kanalizował trendy demokratyczne i ułatwiał kontrolę nad tym, co z czasem mogło zamienić się w rzeczywiste zagrożenie dla systemu.

Działalność Klubów Inteligencji Katolickiej i pism związanych z ruchem "Znak" stanowiła więc szczególny przedmiot zainteresowania i wyjątkowo uważnie obserwowany i penetrowany przez służby specjalne obszar społecznej aktywności. W przechowywanej w archiwach IPN teczce obiektowej "Więzi" obejmującej przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (IPN 01283/1391), w samym tylko okresie 1969-71 pojawia się co najmniej czternastu agentów ulokowanych w redakcji miesięcznika i jego sekretariacie, w Ośrodku Dokumentacji i Studiów Społecznych i w zarządzie "Libelli". Pełnili oni różne (niekonieczne ważne) funkcje i reprezentowali różne dziedziny zainteresowań. Tylko jeden pseudonim, t.w. "Teolog" (należący do członka zespołu redakcyjnego, który we wrześniu 1969 wyjechał na Synod Biskupów do Rzymu) niesie informacje ułatwiające rozpoznanie jego użytkownika. W przypadku pozostałych: "Alfa", "Antek", "Inocenty", "Iskra", "Jadwiga", "Maks", "Michalski", "Odważna", "Palicki", "Wacław", Walerian" "Zachariasz" i "Zdzisław" wystarczy jednak skonfrontować doniesienia i raporty z oficjalnymi dokumentami z tamtego okresu, by zorientować się o kogo chodzi. Z tego, co zaobserwowałem, takie detektywistyczne praktyki są jednak dla większości wpływowych środowisk nie do przyjęcia. Obawa przed kompromitacją grupy bywa silniejsza niż potrzeba poznania prawdy historycznej. Co gorsze, tworzy się środowiskowe mity właśnie za cenę przemilczeń i przeinaczeń faktów.

Czy nie lepiej w tej sytuacji powiedzieć otwarcie, że nie było w tamtych czasach środowisk wolnych od ubeckiej infiltracji. Co więcej, zgodnie z logiką funkcjonowania tajnych służb nasycenie różnych działających oficjalnie i legalnie organizacji agenturą musiało pozostawać w jakimś związku ze stopniem potencjalnego zagrożenia dla systemu ze strony środowisk skupiających się w tych organizacjach. Jeśli z tej perspektywy popatrzy się dziś na powiązania ks. Czajkowskiego z Klubami Inteligencji Katolickiej we Wrocławiu i w Warszawie tudzież na jego współpracę z "Więzią" i "Tygodnikiem Powszechnym", to "kompromitujące" dla środowiska okazuje się nie tyle ujawnienie współpracy ks. profesora z SB, ile histeryczne zaprzeczanie faktom, o którym mówił mój artykuł z 17 maja i upatrywanie źródeł zła wyłącznie w mechanizmach systemu komunistycznego.

Mistyfikacje

Po opublikowaniu przez "Więź" raportu "T.w. 'Jankowski'. Historia współpracy" jeden ze znajomych historyków z Instytutu Pamięci Narodowej zapytał mnie, czy nie sądzę, iż autorzy wybielają ks. Czajkowskiego. Odpowiedziałem wymijająco, że ani w moim interesie, ani w interesie IPN-u nie leży chyba, aby robić z księdza diabła. Bo w istocie rzeczy raport "Więzi" wniósł bardzo dużo poprzez sam fakt, że się ukazał w takiej a nie innej formie. Po raz pierwszy w historii osoba publiczna z kręgów duchowieństwa przyznała się w końcu do współpracy z SB. Bardziej niż samego raportu moje zastrzeżenia dotyczą wywiadów, które udzielili mediom uczestniczący w jego przygotowaniu prof. Andrzej Friszke i red. Zbigniew Nosowski. To, co w raporcie można jeszcze uznać za zrozumiałe skądinąd szukanie okoliczności łagodzących, w rozmowach z dziennikarzami zaczęło po prostu przeistaczać się w fikcję narracyjną.

Skupię się przykładowo tylko na jednej sprawie. W programie "Prosto w oczy" Moniki Olejnik z 12 lipca b.r. na pytanie czy "ksiądz Michał Czajkowski został złamany przez sprawy obyczajowe", red. Nosowski odpowiada:

"Był podwójnie zastosowany szantaż. Pierwszy raz 50 lat temu dokładnie. Bezpośrednio po powstaniu poznańskim, młody kleryk Czajkowski przejeżdżał wtedy przez Poznań. Został wtedy sfotografowany. Był w sutannie, łatwo go było rozpoznać. Każdy kleryk miał zakładaną teczkę. Szantażowano go, że współorganizował, że może być oskarżony o jakieś większe działania. I co ciekawe, wtedy podpisał zobowiązanie do współpracy ale pisemnie odwołał je półtora miesiąca później czego sam nie pamiętał. To jest dość przedziwne bo mieliśmy do czynienia z pewną taką tajemnicą natury ludzkiej. On nie pamięta wielu faktów. Nie pamięta także faktów, które przemawiają na jego korzyść. Wydaje się, że człowiek powinien pamiętać akt odwagi na jaki musiał się zdobyć w 56 roku, w sierpniu, przed październikiem. Kiedy jeszcze brzmiały wszystkim w uszach słowa premiera Cyrankiewicza o odrąbywaniu ręki podniesionej na władze ludową. Młody chłopak zdobywa się na odwagę pisemnego wypowiedzenia współpracy z UB, na którą się zgodził półtora miesiąca temu. I teraz tego nie pamięta. Po czym sprawa wróciła 4 lata później, w momencie kiedy już jako ksiądz złożył wniosek o paszport. Był kierowany przez biskupa na studia zagraniczne. Wtedy szantaż na tle obyczajowym, drobny incydent, jak to dzisiaj ocenia ksiądz Czajkowski ale umiejętnie wyolbrzymiony przez oficerów SB [.]".

Prof. Friszke nie prostuje tej wypowiedzi, a przecież obaj goście Moniki Olejnik muszą wiedzieć, iż dokumenty nie potwierdzają tego, co opowiedział im ks. Czajkowski o okolicznościach pierwszego werbunku (13 lipca 1956 r.) i o "drobnym incydencie" natury obyczajowej, który zadecydował o jego zwerbowaniu po raz wtóry 17 sierpnia roku 1960. Przede wszystkim z dokumentu wywiadu PRL noszącego datę 16 listopada 1962 r. nie wynika, że za szantaż w roku 1960 posłużył jakiś "drobny incydent". Wprost przeciwnie, nie poparta szczegółowym opisem uwaga w nawiasie obok zdania "uzyskano materiały kompromitujące" mówi o czymś bardzo poważnym i w moim rozumieniu podlegającym karze sądowej.

O okolicznościach pierwszego werbunku nie ma w tym dokumencie ani słowa, jest natomiast coś na temat "odważnego" acz zapomnianego przez księdza profesora "pisemnego wypowiedzenia współpracy": "W dniu 28. VIII. 1956 r. 'Janek' przeniósł się do Seminarium Duchownego we Wrocławiu z uwagi na to, że (tu pojawia się informacja na temat jakichś kontaktów natury obyczajowej, tyle że wyglądająca znacznie mniej groźnie niż ta późniejsza z roku 1960) o czym było znane rektorowi w Gorzowie. W tym samym dniu listownie odwołał współpracę." Cóż można wnosić z owego zdania? Po pierwsze, odwołanie współpracy miało wyraźny związek z przeniesieniem kleryka do innego seminarium. Po wtóre, werbunek zbiega się z wydarzeniami, które z punktu widzenia obyczajowości są nie do zaakceptowania dla władz seminarium. Jest mało prawdopodobne, że półtora miesiąca wcześniej, 13 lipca, bezpieka o tych sprawach nie wiedziała.

Gdybym więc miał wskazać coś rzeczywiście budującego, coś, co pokazuje, jak uwikłane we współpracę ze służbami komunistycznymi osoby ze środowisk katolickich potrafiły mimo wszystko godnie wychodzić z opresji, sięgnąłbym do innych teczek; na przykład, do dokumentów opatrzonych sygnaturą IPN BU 00945/311. Chodzi o znanego działacza warszawskiego KIK-u, którego władze komunistyczne skazały wkrótce po wojnie na pięć lat więzienia (z czego odsiedział rok, po czym objęła go amnestia). 5 lutego 1953 roku, najwidoczniej w chwili słabości, podpisał zobowiązanie o współpracy z Organami Bezpieczeństwa Publicznego i przyjął pseudonim "Modrzewski". W tydzień później, 12 lutego, odwołał je bez uzasadnienia. Odręcznie napisany dokument zawiera tylko jedno zdanie: "Oświadczam niniejszym, że cofam zobowiązanie złożone przeze mnie 5. II. 53 i nie mogę podjąć się współpracy i wykonywania rozkazów i poleceń związanych z wykrywaniem szpiegów, dywersantów i sabotażystów".

Zanim ks. Czajkowski zerwał współpracę z SB, przez ponad dwadzieścia cztery lata działał na szkodę Polski i Kościoła i zaprzestał tej działalności dopiero na wiadomość o śmierci kolegi kapłana zamordowanego przez ludzi, którym służył.

Cnota nieufności

Redaktorzy "Więzi" nie mogli nie wziąć pod uwagę mojego artykułu z 17 maja, gdyż w istocie rzeczy był to tekst, bez którego nie byłoby sprawy ks. Czajkowskiego. W samym raporcie jest on wspomniany mimochodem tylko raz we wstępie, zadłużenie wyrównał jednak z nawiązką prof. Friszke w wypowiedzi dla TVN 24 (z 11 lipca) oraz we wspomnianym programie "Prosto w oczy". Według niego tekst mój "budził duży sprzeciw ze względu na pewien radykalizm, na pewną brutalność, którą reprezentował". "Witkowski przesadza, po prostu - podkreślił z naciskiem. - Myślę, że do tej pory można tak powiedzieć, że są takie watki, że ten tekst Witkowskiego szedł za daleko. Nie ma powodu, żeby tak daleko idących wniosków formułować." Uwagę Moniki Olejnik "No tak, ale z drugiej strony gdyby nie Witkowski, doktor Witkowski, który zamieścił ten artykuł w 'Życiu Warszawy' byśmy nie wiedzieli o tym" zripostował słowami: "Nie, nie. Oczywiście, że tak. Ja myślę, że nie można mieć pretensji do pana doktora Witkowskiego. Natomiast to, co jest ważne, żeby powiedzieć w pewnej jednak opozycji do pana Witkowskiego, że bardzo ważne jest jakim językiem się o tych sprawach mówi. Żeby słowa i kwalifikacja, które muszą być oczywiście jednoznaczne różnych czynów nie były wypowiadane w taki sposób, który rani nie tylko te osobę, która ma ponieść karę, bo ujawnienie tej informacji jest pewnego rodzaju karą, ale rani tez i bliskich. Rani całe środowisko. I w gruncie rzeczy obraca się de facto - moim zdaniem - przeciwko lustracji."

A więc mój "radykalizm" sprowadza się ostatecznie do tego, że ujawniając fakty w taki a nie inny sposób ranię "środowisko". Prawdę mówiąc, nie bardzo rozumiem, dlaczego miałbym się tego wystrzegać, skoro duża część środowiska toleruje (jeśli nie afirmuje) fakt współpracy swojego duszpasterza z SB i nie chce przyjąć do wiadomości, że nieujawniona współpraca, to coś więcej niż przeszłość, z której się do tej pory nie rozliczono. Kompromitujące fakty współpracy z komunistycznymi służbami osób pełniących dziś funkcje publiczne mogą być nadal narzędziem szantażu ze strony grup działających na szkodę Polski. Numeracja stron materiałów, które znalazły się na mikrofilmie Departamentu I MSW (IPN BU 01168/385) świadczy, że dużą ich część zniszczono przed sporządzeniem mikrofilmu i przekazaniem go do archiwum. Okres pobytu ks. Czajkowskiego w Jerozolimie, na przykład, pozostaje nadal białą plamą, ponieważ nie zachował się ani jeden raport z tamtych lat (co nie znaczy, że żadnych raportów w tamtym okresie nie sporządzono). Zapewne mało kto wie, co się wówczas mogło wydarzyć.

Gdyby podobne "środowiskowe" zarzuty podniosła przeciwko mnie propagandystka "Gazety Wyborczej", Katarzyna Wiśniewska (która też uprawia środowiskową moralistykę, ale najwidoczniej nie potrafi sklecić tekstu wolnego od kłamstw, skoro w swoim artykule z 21 lipca "Teczki przeciw sumieniu" co najmniej trzy razy zniekształciła sens moich wypowiedzi i pewnie tyle samo razy przeinaczyła opinie Rafała Ziemkiewicza i Piotra Semki), prawdopodobnie wzruszyłbym tylko ramionami. Profesor Friszke jest jednak nie tylko człowiekiem ze środowiska, lecz także członkiem Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, od którego każdy ma prawo oczekiwać uczciwości intelektualnej. Otóż odnoszę wrażenie, że gdy przychodzi do spraw związanych z lustracją, więź środowiskowa bywa w jego przypadku znacznie silniejsza niż poczucie obowiązku historyka i nieodzowna w tym zawodzie potrzeba świadczenia prawdy. Mówię "bywa", ponieważ w pamięci utkwiły mi dwa artykuły encyklopedyczne jego autorstwa, które znalazłem w "Słowniku polityków polskich XX wieku" pod redakcją Przemysława Hausera i Stanisława Żerki (Poznań 1998). W jednym prof. Friszke napisał, iż Antoni Macierewicz "wykonał uchwałę lustracyjną Sejmu, ujawniając domniemanych byłych współpracowników służb specjalnych zasiadających w parlamencie i rządzie (podkreślenie moje - TaW), w drugim - że Leszek Moczulski "stał się ofiarą operacji lustracyjnej ministra A. Macierewicza".

Nie pojmuję, jak coś takiego mogło się wypsnąć poważnemu zdawałoby się historykowi. Przecież to środowiskowy, antylustracyjny stereotyp nie mający nic wspólnego z prawdą historyczną. Wykonując pamiętną uchwałę Sejmu (4 czerwca 1992) min. Macierewicz nie ujawniał "domniemanych" byłych współpracowników służb, lecz "zasoby archiwalne MSW". Przekazał po prostu dane osób (z Sejmu, Senatu, rządu i Kancelarii Prezydenta), które były zarejestrowane jako agenci w archiwum UB i SB. W celu uwzględniania ewentualnych zastrzeżeń Prezes Sądu Najwyższego zgodził się powołać komisję składającą się z sędziów Trybunału Stanu. Procedurę tę zaakceptowali premier i Komitet Doradczy przy MSW, a ponadto został o niej poinformowany także prezydent. Każda z osób znajdujących się na liście otrzymała swoją kartę z informacją wcześniej niż Konwent Seniorów i uzyskała prawo pełnego wglądu do własnych akt włącznie z prawem kopiowania ich i robienia notatek. Czegóż więcej można było domagać się od ministra wykonującego uchwałę Sejmu?

Chyba jeszcze bardziej podważa wiarygodność autora hasło "Moczulski Leszek". W kwietniu ubiegłego roku sąd lustracyjny potwierdził, iż w latach 1969-76 przywódca Konfederacji Polski Niepodległej był rzeczywiście tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa używającym pseudonimu "Lech". W najlepszym wypadku oznacza to, że prof. Friszke pisał owe hasła nie zapoznawszy się w ogóle z dokumentami. Ileż krzywdzących i pełnych uprzedzeń opinii na temat Antoniego Macierewicza i samej idei lustracji musiało się w związku z tym pojawić w społecznym obiegu. Myślę, że to dostateczny powód, by opinie w sprawie ks. Czajkowskiego wypowiedziane na marginesie raportu "Więzi" traktować ostrożnie i z rozsądną dozą nieufności.

Reszta nie jest milczeniem

Retoryka przekłada się z reguły na pragmatykę wypowiedzi. W przypadku moich tekstów z "Życia Warszawy" z całą pewnością nie miała ona nic wspólnego ze złorzeczeniem. Nie chodziło też o "karanie" asystenta kościelnego "Więzi" i jego środowiska, bo gdyby w 1984 roku wycofał się z życia publicznego, nigdy bym faktu jego współpracy z SB nie ujawnił (nie czuję się zresztą uprawniony ani powołany do sądzenia i karania kogokolwiek). Doszedłem po prostu do wniosku, iż ksiądz Czajkowski był na tyle groźnym i (jak się później upewniłem analizując mikrofilm wywiadu) podatnym na szantaż agentem, że nie należy ułatwiać potencjalnym szantażystom wykonywania zadań. W zasadzie ów doraźny cel osiągnąłem, a raport "Więzi" wydatnie mi w tym pomógł. Reszta nie jest milczeniem. Ciąg dalszy i epilog dopisze opinia publiczna po zapoznaniu się z dokumentami.

Tadeusz Witkowski
"Gazeta Polska", 16 sierpnia 2006

27.01.2007r.
RODAKpress

 

 
RUCH RODAKÓW : O Ruchu Dolacz i Ty
RODAKpress : Aktualnosci w RR Nasze drogi
COPYRIGHT: RODAKnet
NASZE DROGI - button AKTUALNOŒCI W RR NAPISZ DO NAS