Sensu sz(t)uka
W teatrze generalnie zawsze o coś chodzi. Jakkolwiek dziwnie by nie było, sens jakiś przyświecać powinien. A to spektaklem nie zgodzić się z czymś trzeba. Pokłócić nawet. A to powiedzieć coś ważnego. Zamanifestować rozpaczliwie. A to nazwać, zdefiniować jakoś. A i może przyznać się do czegoś w końcu. Bywa jednak różnie. Czasem jest tylko ładnie, swojsko, sielsko i przyjemnie. Puenta dawno zarżnięta, więc z przedstawienia pod względem poznawczym niewiele wynika. Błyskotki, tanie efekty, puste dialogi, żadnej myśli nadrzędnej - a ty widzu, szukaj sensu w. fuaye. Bo przecież teatr musi zachwycać. A jeśli nie zachwyca? Jeśli nie "poryw, lecimy, płaczemy" - nie ma kultury. Ani tej wysokiej. Ani reżysera. To on właśnie powinien pomóc nam wdrapać się na szczyty podniebne. I tam pysznić się zuchwale, aż do momentu, kiedy kto inny odkryje i zaprowadzi nas na nowy duchowy Mount Everest. W teatrze jak w życiu, ciągłe zdobywanie.
Prawda na trawniku
Mój sąsiad. Aktor. Na co dzień człowiek w swej istocie przeciętny. Pocztę odbiera regularnie. Trawnik kosi starannie. Z psem dwa razy dziennie pogania. Wieczorem w teatrze, istna gwiazda z nieba. Pyszni się, lśni, wdzięczy bezwstydnie. Rozterki cierpi, tragedie nieskończone przeżywa. Tekst recytuje wzorowo. Gesty te same od lat wykonuje. Jak smutny - to grymas nieznośny, wzrok mętny, ręce zwieszone i taki ton jakiś, nie grozą, a zażenowaniem przejmujący. Jak swawolnie, frywolnie i wesoło - to aktor uśmiech modeluje perfekcyjnie, ręce ku niebiosom wznosi, nienaganną przyjmuje postawę, a głos jego szczęściem niewymownym wibruje. Raz Hamlet, raz baron z francuskich dworów, raz to znowu żebrak, a potem książę prawdziwy.
Nikt w to nie wierzy. I ja nie wierzę. Nie widzę w Hamlecie, żebraku, baronie życia prawdziwego. Gdzie jest, u licha, ta poczta i trawnik, i pies na spacerze?
Pytam, gdzie w tym teatrze życie prawdziwie? Nie udawanie, nie błazenada, nie fałsz przeklęty, ale prawda o człowieku PRAWDZIWYM!
Kultura bez obcasów
Od wczoraj sukienki szukam. Szminkę dobieram. Buty wystrzałowe pożyczam.
Dziś wieczorem wyjście. Witaj, kulturo wysoka! Teatr. Jaka przestrzeń wytworna, jakie towarzystwo eleganckie, jaki zapach perfum przyjemny.
Kurtyna w górę. I... O rozstaniach? I biedzie? Smutku i życiu jakimś? Dziwnie, nieswojo. I mówią i płaczą, a potem znowu śmieją się, biegają. Kostiumów nie zmieniają wcale. Scenografia żadna właściwie. Dwa krzesła, stołek obdarty, porcelanowy czajnik z uszkiem stłuczonym. Tak ciemno, ponuro i cicho wymownie. Że samotność, cierpienie, że lęk i przerażenie. Tak jakby nawet łzy prawdziwe??? A gdzie zabawa, radość, beztroska? Moje marzenie o bez-myśleniu?
W końcu przerwa, antraktem (nie wiedzieć czemu) zwana. W końcu kultura wysoka! Zakąski i szampan, i grzeczne ukłony. Elegancja Francja. Nie to co tam.Nagle dzwonek jeden, drugi i trzeci. Zapraszają na salę. Nie chcę. Już nie mam ochoty na to życie prawdziwe. Ja dziękuję. Teatr o życiu, czy życie teatrem? Gdzie mam uciekać?
Na współcześnie proszę
Z klasyką dziś trzeba ostrożnie. Nie to, że z namaszczeniem nieznośnym, poddaniem układnym czy niewolniczymi ukłonami. Pobratać się z nią jakoś można, ale bez gwałtu. Ten bowiem bezceremonialnie i bezlitośnie na tekście zadany artyście-reżyserowi zwyczajnie nie przystoi. Nie trzeba koniecznie Mickiewiczowi, Szekspirowi czy Fredrze wkładać w usta słów koślawych, by te z należytym patosem wybrzmiały i potwierdzone autorytetem były. Beznamiętne zniekształcanie, tam gdzie nikły jest sens nadrzędny, to tylko wyraz braku pokory reżysera. Uwspółcześnianie, to dobry zabieg tylko wtedy, gdy oznacza rozumną grę z tekstem. Wydobywanie z tekstu sensów skrywanych, błyskotliwe żartowanie z nim, oswajanie go i przybliżanie widzowi - oto czego domaga się dziś klasyka. Na scenie nie trzeba udowadniać już, że Słowacki wielkim poetą był. To oczywiste, a jeśli kto nie wie, ten trąba. Na scenie trzeba udowodnić, że Słowacki jest nam dziś ciągle potrzebny.
(Prze)grać klasycznie
A przecież nawet i czasem by się chciało. Bo może w ogóle się lubi. Bo to dobry pomysł. Bo tak mało jest czasu.
No więc nawet i czasem chciałoby się pójść, tak po prostu i się nie zawieść. No, ale to znowu wiadomo, co za szaleństwa współcześnie się odgrywają? Nie to co kiedyś. Powaga, skupienie, dykcja nienaganna, tekst wyćwiczony - proza jakaś wielka i dostojna albo wiersz patetyczny. Bogata dekoracja, stroje wykwintne. Bez dziwactw. Z przesłaniem. Koniecznie.
A teraz? Nic już nie wiadomo. Mickiewicz z hip-hopem zmieszany, naga Ofelia przy barze pracuje, fikuśne drinki klientom podając. Hamlet - duński książę na motorze przyjeżdża i orgiastyczne tańce z Horacjuszem urządza, a Balladyna zamiast malinki zbierać, smsy na audiotele wysyła.
No więc nawet i czasem chciałoby się pójść do teatru. Byle się tylko nie zawieść.
A może byle się tylko źle nie nastawiać? Kto wyobraża sobie teraz telegrafowanie z wakacji do rodziny albo wysyłanie gołębia z wiadomością o chorej kuzynce z Kanady? Kto ciągle jeszcze praktykuje pranie na tarce?
Wszystko się zmieniło. Teatr także się zmienił.
Oczywiście, z sentymentem przywołujemy w pamięci obrazy tamtych zamierzchłych już niemalże czasów, ale czy chcielibyśmy naprawdę do nich wrócić???
Z teatrem jest tak samo.
Opuść widownię, zostań w teatrze...
Kurtyna opada. Burza oklasków. Także moje dłonie przyłączają się do nich. Gasną światła, milknie gwar, scena pustoszeje. Przychodzi refleksja. A skoro tak, to sztuka udana. Przywołuje na myśl, każe pamiętać, nie pozwala się wyzwolić, prowokuje. Wracam więc. Obrażają mnie czasem. Wywlekają skrywane tajemnice. Zawstydzają. Piętnują zło. Ale i dobro dowartościowują. Nie ma tam tonu moralizatorstwa, jest tylko życie - z puentą niejednoznaczną, nie nazbyt czytelną. A ja, widz, godzę się na to. Pokornie. Takiego doświadczenia potrzebuję. Spokoju, namysłu, złapania oddechu. Prawdziwej i szczerej rozmowy. Bez gwiazdorstwa, brawury, nieznośnego efekciarstwa.
Gorzej, gdy po burzy oklasków zastanawiam się tylko, gdzie zaparkowałem samochód, jak długa będzie kolejka do szatni albo czy zdążę na ostatni tramwaj.
Katarzyna Nowaczyk
27.07.2009r.
RODAKpress