| Katarzyna Nowaczyk, ur. 07.07.1989 w Kościanie. Studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej, a także reklamy i promocji na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. |
Byłem, zobaczyłem, opisałem...
Najnowsza książka Artura Domosławskiego Kapuściński non - fiction , pomijając pomniejsze kontrowersyjne wątki, stawia przede wszystkim pytanie o granice wolności reportażysty.
I słusznie, bo sprawa ta ciągle domaga się wyjaśnienia. Już z samej mglistej definicji gatunku wyłaniają się pewne wątpliwości. Dla dobra sprawy, spróbuję jednak na chwilę wyłączyć osobę Kapuścińskiego z tych chłodnych kalkulacji teoretyczno-genologicznych. A jedynie efekty rozważań skonfrontować z twórczością autora Cesarza. Dzięki temu może zdołam uchronić się przed emocjonalnymi argumentami i niemerytorycznymi tezami w stylu: Kapuściński wielkim reportażystą był!
Wróćmy więc do definicji. Reportaż należy do prozy publicystycznej, jest żywym opisem zdarzeń i faktów znanych autorowi z bezpośredniej obserwacji. Wydarzenia powinny być aktualne, autentyczne i podane w sposób atrakcyjny. Reportaż jest odbiciem rzeczywistości skonstruowanym na podstawie badań reportażysty.
Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Reportaż jednak, zaliczany do tzw. literatury faktu usytuowany jest na pograniczu literatury i publicystyki. I właśnie ta dalece humanistyczna nieostrość w definiowaniu może prowadzić na manowce.
Jak bowiem owo pogranicze należy rozumieć i w jakich proporcjach należy mieszać literaturę i publicystykę, by ostatecznie uzyskać reportaż. Bardzo łatwo można ulec wrażeniu, że literatura użycza fikcji. Tymczasem nic bardziej mylnego. Reportaż czerpie z literatury środki artystycznego wyrazu, elementy kreacyjne, prawidła kompozycyjne, możliwość wykorzystywania efektów emocjonalnych. I nic ponadto! Miejsce fikcji zajmują obserwacje i badania reportażysty. Koniec i bomba, a kto się nie stosuje ten trąba i wielkim reportażystą być nie może.
Myślę, że jest to standard, który powinien obowiązywać bezlitośnie wszystkich autorów reportaży. Jeśli jako czytelnik sięgam po tego rodzaju tekst, to oczekuję, że autor przeżył coś niezwykłego, wszystko osobiście sprawdził, dotknął, dopytał. Nie chcę półśrodków. Byłem, zobaczyłem, opisałem - oto motto reportażysty!
Domosławski na łamach Gazety Wyborczej pisze o Kapuścińskim tak: "Na uwagę, że myli szczegóły, bo bójka miała miejsce na innej ulicy, w innych okolicznościach, krzyknął - Nic nie rozumiesz! Ja nie piszę, żeby się w szczegółach zgadzało, chodzi o istotę rzeczy!"
Oczywiście, że chodzi o istotę rzeczy! Chodzi także o istotę reportażu! Jeśli prawda ma być upozorowana, to czytelnik powinien o tym wiedzieć. I nie ma znaczenia czy pisze Kapuściński, Domosławski, początkujący dziennikarz, czy ceniony publicysta. Będą oni różnić się stylem, warsztatową biegłością, talentem, ale w kwestii etycznej zgodności z prawdą powinni być sobie równi. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Nie chcę jednak teraz tropić spornych szczegółów faktograficznych w książkach Kapuścińskiego. Nie chcę odbierać sobie wielkiej przyjemności czytania jego reportaży. Nie chcę też jednoznacznie oceniać.
Nie robi się przecież tego, gdy znane są tylko argumenty oskarżyciela.
A Cesarzowi trzeba oddać co cesarskie.
Katarzyna Nowaczyk
***
Od redakcji:
Czy "cesarz" może
być Kapuś-cińskim?
Fakty mówią,że może.
Czy to dla faktów gorzej?

Dlaczego nigdy, do końca nie pochylił pióra nad dolą Polaków i ich ojczyzny?
Czyżby prosta odpowiedź wyzierała z nazwiska? Kapuś-ciński szczezłeś, niestety.
26.03.2009r.
RODAKpress