
PERYGRYNACJA I 10/11.10.2009r.
V Międzynarodowy Festiwal Teatralny Dialog (Wrocław)
W poszukiwaniu wrażeń, doznań i twórczych natchnień.
Wyjazd
Poznań Główny - Wrocław Główny 10.10.09(sobota)
odjazd 10:00 czas podróży: 3:02 - pociąg osobowy
Przyjazd : 13:02 koszt: bilet normalny, klasa II - 22 zł
12.04 - Żmigród - przejęcie kluczy do mieszkania we Wrocławiu (dzięki uprzejmości cioci)
We Wrocławiu:
odebranie biletów w Wrocławskim Teatrze Współczesnym - numer rezerwacji
366 tel. (071) 358 89 40; 358 89 20; 358 89 53
Zakwaterowanie, obiad, kawa, harce - dowolne pozaprogramowe
16.30 Między nami dobrze jest - Grzegorz Jarzyna
Teatr Polski - Duża Scena (miejsca na I balkonie)
Czas trwania: 1,40h
Troilus i Kresyda - Luk Perceval
Opera Wrocławska (miejsca na II balkonie)
Czas trwania: 2h
11.10.09(niedziela)
Hamlet - Oskaras Korsunovas
Teatr Polski - Scena na Świebodzkim
Czas trwania: 3,30h (miejsca w pierwszym rzędzie)
Powrót
Wrocław Główny - Poznań Główny
odjazd 23:40 pospieszny, czas podróży: 2.34
przyjazd 02:14 bilet normalny II klasa 36 zł
***
Improwizowanie we Wrocławiu
Wrocławski dworzec - znany nam bardzo dobrze, wrocławski rynek - podobnie, wrocławski tramwaj - przygoda. poukrywane przystanki, nieznane trasy, przedziwne kasowniki, które notabene stały się obiektem wielkiego zainteresowania i szybko przerodziły się w jedną z głównych atrakcji podróży.
Choć byłem dobrze przygotowany do wyprawy, miałem z początku nie lada problem, by doprowadzić naszą trójkę do celu (może lepiej - celów). Wesołe trasy na liniach TEATR - TYMCZASOWA BAZA NOCLEGOWA (pozwolę sobie użyć skrótu TBN), czasami TEATR - TEATR, nie zapominając oczywiście o TBN - SKLEP OGÓLNO-SPOŻYWCZY, przebiegały sprawnie tylko dzięki studenckiej współpracy i. niezawodnemu GPS-owi.
W końcu udaje nam się jednak dotrzeć do teatru. Kiedy mościłem swoje jestestwo na składanych krzesełkach widowni, stwierdzałem, że te wrocławskie nie są za wygodne. Będę szczery - krakowskie są najwygodniejsze, warszawskie zaś najmniej, ale z dumą podkreślam, że poznańskie pozostają w czołówce.
Chyba nie było jeszcze takiego spektaklu, przed którym nie zastanawiałbym się, co takiego robią aktorzy, o czym myślą tuż przed wejściem na scenę. Założę się, że nie jeden z trudem powstrzymał śmiech, komentując sam sobie w głowie wygląd jegomościa siedzącego w pierwszym rzędzie w ciemnym garniturze i. białych skarpetkach. Ale, hej, może się mylę i to jest to!
Każde własne wyjście na scenę traktuję jak nową, niesamowitą przygodę. Wiem, jak wiele emocji, poczynając od strachu, a na ekstazie kończąc, targa wtedy artystycznego ducha. Pytam wtedy siebie: jak emocje te wykorzystać, by stworzyć coś niepowtarzalnego, pięknego i tak niesamowicie osobistego? To smutek, lęk, radość, zaskoczenie (i wiele innych) wyznacza i determinuje motywacje artysty. Improwizacja, jako zachowanie aktora na scenie, jest najczystszym odzwierciedleniem jego uczuć i kotłujących się w nim emocji. Odziera wszystko, co "wewnątrz" bezlitośnie. Ta niezwykła sztuka, nazwana przez Mickiewicza nawet "wielką", fascynuje mnie w teatrze najbardziej.
Spektakl Hamlet w reżyserii Oskaras'a Korsunovas'a dostarczył mi kolejnych niezbitych dowodów na to, że improwizacja jest przede wszystkim wyznacznikiem prawdziwego, artystycznego Ja i własnych scenicznych poczynań.
Wyobraźmy sobie scenę rozmowy Ofelii z Hamletem. Oto, wskutek żywej gestykulacji kochanki duńskiego księcia, przewraca się wysoki wazon z kwiatami. Nastąpiło więc wydarzenie niezaplanowane w scenariuszu. Jak zachowuje się aktorka? Zgrabnym ruchem zagarnia rozsypane kwiecie, układając je na miejsce z gracją mistrza ikebany.
Ten drobny gest zainspirował mnie do śmiałego posunięcia. Stworzyłem własną definicję improwizacji i chciałbym się nią podzielić:
Na scenie wydarza się coś nieoczekiwanego. Przykładowo mamy scenę ślubu. "Pan młody" potrąca niechcący wazon z kwiatami (podobnie jak zachwycająca Ofelia), który przewraca się. ZŁY aktor nie zwróci na to uwagi (fuj, sztuczność i żenada, przecież wazon to przedmiot fizyczny, halo! On się przewrócił, widzimy to!), PRZECIĘTNY zrobi żałosną minę wyrażając swoją (nieplanowaną scenariuszowo) skruchę, a DOBRY pozbiera kwiaty i zrobi z nich wianuszek dla ukochanej.

Mikołaj Basińśki
***
Raport z oblężonego miasta
Rozrzutność organizatorów wrocławskiego Dialogu co do atmosfery przebrała wszelką miarę - lało i to lało haniebnie, było zimno i wietrznie. A jednak goście stawili się licznie i gnali z miejsca na miejsce jak w gorączce złota.
Życie od spektaklu do spektaklu jest czymś, o czym należy pisać z satysfakcją i nieskrywaną dumą. Obserwacje z przejazdów obcymi tramwajami, wchodzenie w sferę prywatną ludzi tłoczących się przed okienkiem kasy, poszukiwanie chleba do zgryzienia w sobotę chwilę przed północą czy tropienie niemal po omacku drogi powrotnej do tymczasowego lokum zachowuje się w pamięci na długo. Łatwiej niż nazwiska zagranicznych reżyserów w głowach pozostają smaki rodzimych jogurtów zakupionych zaraz po wyjściu z teatru. Prawdę tę uznać można za obowiązującą po godzinie 23.
Powrót do miejsca chwilowego pobytu przypominał ucieczkę przed paparazzi - blaski latarnianych fleszy obłapiały tramwaj chciwie, choć powierzchownie, bilety wpychane w pośpiechu do przestarzałych kasowników dawały się dziurawić bez słowa - wszystko po to, by zwrócić ludzką uwagę. Wrocław nocą skrzy się i trudno było nie posądzać go o bezczelne efekciarstwo.
Zwiedzanie pożyczonego na nocleg dwupokojowego mieszkania było szczytem dobrotliwego wścibstwa, które nie ograniczało się do wyszukiwania wygodnych miejsc do spania czy kubków do herbaty. Przeszukiwanie szuflad (w nadziei na sól), wertowanie zastanych książek (dla oddechu), wietrzenie sensacji z nakrętek perfum to już ciekawość pierwszego stopnia do piekła. Nałóg podpatrywania, w tym stadium jeszcze nie karalny, stał się tym samym motywem przewodnim wrocławskiego wywiadu środowiskowego; do tego stopnia, że nawet zbyt częste zerkanie na zegarek wydawało się niezbędne.
Czas upływał cichaczem jako jedyny niezauważony. Zasięganie języka w ośrodkach gastronomicznych, natrętne wypytywanie o ceny, bezczelne robienie zdjęć w miejscach publicznych czy nawet trójstronne ustalania co do kształtu debiutanckiego artykułu dla Rodaka było działaniem konsekwentnie wywiadowczym. Trudno będzie udowodnić, że nie do końca z taką intencją przyjechaliśmy do Wrocławia. A jednak komentarze wymieniane szeptem podczas spektakli i śledzenie poczynań aktorów również wchodziły w garnitur środków uważnego odbioru. Efekty tej pracy powinny być dozowane, by sprawiały większe wrażenie, dlatego jako obserwator z zewnątrz (wyostrzający zmysły na potrzeby tego tekstu) o tym, co konkretnie działo się w murach budynków teatralnych, nie powiem ani słowa.

Joanna Żabnicka
***
W dialogu ze sztuką
Okiem pseudokrytyka
Dialog rodzi się z niepokoju i odwiecznej tęsknoty za tym, co dobre. Dialog to poszukiwanie. Dialog to walka z intelektualną stagnacją. Dialog to nadzieja na zmianę. Dialog to wyzwanie. Dialog to sprzeciw wobec zła.
"Wobec zła". Przed takim wyzwaniem tematycznym stanęli twórcy teatralni w ramach festiwalu Dialog . We Wrocławiu spotkali się artyści z Austrii, Holandii, Libanu, Litwy, Niemiec Polski, RPA i Rosji. Konfrontacja kulturowa pozwoliła na poszukiwanie wspólnego ponadnarodowego języka, a także zachęciła do intensywnego rewidowania raz ustalonego porządku i przewartościowywania zastanych form.
Tę swoistą "rozmowę teatrem" rozpoczęliśmy od obejrzenia spektaklu Między nami dobrze jest Grzegorza Jarzyny, który dokonał wglądu w stan kondycji Człowieka w Świecie. Polaka w Europie. Polaka w Polsce . Polaka emocjonalnie i intelektualnie zrujnowanego.
Jarzyna pokazuje świat klisz, stereotypów, zastanych form, banału i ze wszech ogarniającej tandety. Ludzie budują sobie o nim wyobrażenie na podstawie kolorowych pisemek bulwarowych, gdzie znaleźć można rozliczne porady i wskazania w stylu "Nareszcie zaakceptuj siebie i zacznij się zmieniać". Są oni intelektualnie wyjałowieni, bez polotu, bez pomysłu na życie, bez marzeń. Nie dorastają do problemów. Nie nadążają za rzeczywistością. Bezrefleksyjnie przyjmują sieczkę, jaką proponuje samonapędzająca się popkultura. To ona, między innymi, za sprawą celebrytów napędza mechanizm ciągłego stawiania się trendy. Myślenie odbywa się tylko w obszarze wyznaczanym przez promocje, zakupy, krzyżówki, plotki z sąsiadką.
Uwikłanie w historię to kolejna warstwa problemowa spektaklu. Przywołanie kontekstu wojennego, za sprawą Babci będącej żywym reliktem czasów odległych, pokazuje jak nieprzepracowany w nas jest to ciągle problem. Wnuczka, jak ikona świata współczesnego, mówi, że Babcia jeździła na obozy koncentracyjne, a przecież harcerstwo to taki obciach. Banalizowanie i lekceważenie jest tu kluczem do człowieczeństwa. Bohaterowie oglądają codzienność z perspektywy rozwiązywania krzyżówek w gazecie, a rytm dnia wyznaczają spotkania z "grubą jak świnia sąsiadką". Wydarzenia z przeszłości nie mają żadnej wartości poznawczej, a teraźniejszość opalizuje wszystkimi kolorami tandety. Jest to świat ponury i upiorny, a ludzie zakompleksieni i ciągle niezadowoleni. Czy to coś nowego? No właśnie. Ale skoro ciągle nic się nie zmienia, to pewnie i ciągle trzeba nam o tym mówić. A, że Jarzyna mówił dynamicznie i bez skrępowania, spektakl miał swoją energię i wewnętrzną siłę.
Zaplątani w dialog bez opamiętania postanowiliśmy zmierzyć się także z teatrem niemieckim Luka Percevala. Postmodernistyczny teatr to przede wszystkim ogrom materii epickiej, ale także gra z dystansem i tworzenie konstrukcji antybohaterów. Wszystkie te zbiegi jednak dzielnie zniosła rzadko grana tragedia Szekspira Troilus i Kresyda, którą wykorzystał Perceval. Werner Krauze tak pisał o spektaklu: "to nie jest historia słynnych bohaterów spod Troi, lecz gorzkie i cyniczne spojrzenie na uśpiony wojną rodzaj ludzkim. Nuda tylko potęguje potrzebę przemocy(...). Perceval stworzył genialną farsę, w której nie ma jednego słabego punktu".
Nie ukrywam, dla nas spektakl ten był ogromnym, nie tylko intelektualnym, wyzwaniem. Z wielu względów. Przede wszystkim nieoswojona jeszcze przez nas do końca koncepcja teatru niemieckiego, bariera językową, a co najgorsze miejsca na drugim balkonie, które trojgu okularnikom, jakimi jesteśmy, odebrały zupełnie spokój kontemplacji.
A na sam koniec całkowite oczarowanie. Słowami, które angażują myśli. Obrazami, które onieśmielają swoim pięknem. Rozwiązaniami inscenizacyjnymi, które zdumiewają. Muzyką, która wypełnia. Po prostu Hamletem , który przyjechał z Litwy w reżyserii Oskarasa Korsunovas'a
Reżyser zwyciężył dlatego, że z wyczuciem i precyzją dokonał subtelnego tylko uwspółcześnienia, jednocześnie pozostawiając całą esencję tragedii stradforczyka.
Korsunovas z niebywałą lekkością wydobył zakamuflowane sensy dramatu, które dookreślały psychologiczne motywacje postaci. Jego bohaterowie, to ludzie rozedrgani wewnętrznie, pełni sprzecznych emocji, prawdziwie czujący i rzeczywiście cierpiący. Spektakl tworzy precyzyjnie utkaną całościowo konstrukcję myślową. Jest jak muzyka, a bezduszna analiza poszczególnych motywów odbiera jej całą niewyrażalną w słowach moc.
Aktorskie mistrzostwo BYCIA na scenie, a nie odgrywania, sprawiło, że spektakl stał się życiem prawdziwym.
Z Teatru Polskiego wychodziliśmy oczarowani....
Rozmowa demaskuje problem. Obnaża go bezlitośnie. Wydobywa na światło dzienne. Teatralne spotkania wrocławskie właśnie taką rozmowę zainicjowały. Wielojęzykową i wieloaspektową. Słowem, między słowem, gestem, muzyką, ruchem scenicznym, wreszcie nawet i milczeniem. Za pomocą bogatego w środki wyrazu języka teatru, twórcy dokonywali aktualnych i uniwersalnych diagnoz współczesności. Spektaklami pytali, próbowali dociec przyczyny, a w końcu i wprost nazywali, co jest Złem.
Złem są zbiorowe histerie, wykorzenienie, które pozbawia człowieka tożsamości, egoizm, który zaślepia i popkultura, która ubezwłasnowolnia i w końcu historia, która może zniewalać.

Katarzyna Nowaczyk
MAK
26.11.2009r.
RODAKpress