
Między Kaczyńskim a Migalskim
Marek Migalski, do niedawna jeszcze czołowy wodzirej reklamujący Kaczyńskiego na przedwyborczych wiecach, postanowił dać świadectwo prawdzie i opowiedzieć światu jaki ten Kaczyński jest naprawdę. Co za ulga, że nie został prezydentem! Przecież jeśli jest taki, jakim go opisał Migalski, to się do tego absolutnie nie nadawał. Zaczynam podejrzewać, że zaangażowanie PiSowców w jego kampanię i entuzjazm z jakim promowali tę kandydaturę miał bardzo prozaiczny powód - była to jedyna szansa na pozbycie się Kaczyńskiego z PiSu.
To co Migalski pisze o dzisiejszym PiSie i Kaczyńskim, to rzeczy w większości dość oczywiste dla większości obserwatorów. Jeszcze bardziej jednak oczywiste jest to, że forma jaką wybrał ,nie służy szukaniu rozwiązania problemu, bo w taki sposób problemów się nie rozwiązuje, nawet z mniej czułymi na swoim punkcie ludźmi. List Migalskiego, nawet gdyby był dużo bardziej delikatny, nie miałby szans powodzenia, bo jedyne co można nim osiągnąć to dalsze zamknięcie się Kaczyńskiego i jego najbliższej świty. Każdy by się zamknął po czymś takim. Lub odszedł. Ten list nie ma, i w żadnych okolicznościach by nie miał, szansy na rozpoczęcie dialogu z Kaczyńskim o zmianie w partii. Jest za to dobrym punktem wyjścia do rozpoczęcia dialogu z partią o zmianie Kaczyńskiego. I myślę, że tym właśnie jest - próbą wywołania wewnątrzpartyjnej - tym razem publicznej, bo że takie się toczą w podgrupach, po cichu, jestem pewna - dyskusji o konieczności pozbycia się Kaczyńskiego.
Migalski zrobił to co zazwyczaj robi Palikot - uderzył Kaczyńskiego w najczulszy punkt, w nadziei na jego gwałtowną reakcję, która zmobilizuje przeciwko Kaczyńskiemu biernych dotychczas kontestatorów. Idealnie - z punktu widzenia Migalskiego i jego sojuszników (bo raczej nie jest to solowy spontan) - byłoby więc, gdyby Kaczyński teraz Migalskiego wyrzucił, albo co najmniej publicznie zrugał, na tyle ostro, żeby musieli się w jego obronie odezwać partyjni koledzy. No i oczywiście dziennikarze, którzy już się nie mogą doczekać nowego tygodnia, bo znowu mogą poświęcić się wyłącznie rozstrząsaniu problemu Kaczyńskiego, jako, że większych chwilowo - co ja mówię! od dawna! - Polska nie ma. A nawet jeśli ma, to obawiam się, że po tylu latach kręcenia się wokół Kaczyńskiego, dziennikarze nie bardzo są w stanie przerzucić się na inne tematy.
A jak już się porządnie zagotuje, może wreszcie coś się zmieni. Kaczyński nie wytrzyma i odejdzie, albo jego wewnątrzpartyjna opozycja się policzy, zbierze na odwagę i wreszcie coś zrobi zamiast jęczeć po kątach. Nie bez znaczenia pewnie są przyjazne gesty jakie wobec pisowskich antykaczystów wykonuje podobno Schetyna. To musi rozpalać ich wyobraźnię. Zamiast bycia wiecznie obciachową opozycją, pojawia się realna - lub na taką wyglądająca - szansa na odpuszczenie, a może nawet w niedalekiej perspektywie udział w rządzeniu, jak za rok Platformie przyjdzie wybierać z kim jeśli nie z SLD.
Taki kontekst dzisiejszego listu Migalskiego - choć nie tylko on - sprawia, że chociaż z diagnozą pewnie bym się zgodziła, na "reformatorskie" wysiłki Migalskiego patrzę bez nadziei, i na pewno bez sympatii. Bez nadziei, bo - powtarzam - list Migalskiego nie jest próbą uzdrowienia sytuacji w PiSie, ale wyłącznie wezwaniem do publicznego obgadywania Kaczyńskiego, jakby można jeszcze było o nim powiedzieć coś czego byśmy nie wiedzieli. I jakby do obgadywania Kaczyńskiego trzeba było kogokolwiek zachęcać. Bez nadziei także dlatego, że jeśli się buntownikom uda wypchnąć Kaczyńskiego z PiS, to wyłącznie po to, żeby stworzyć partię jeszcze mniej wartą głosu, bo nie różniącą się od Platformy w definiowaniu priorytetów, a te będą - tak jak Platformie - dyktować sondaże. Jeśli Migalski żałuje odejścia Marcinkiewicza i Sikorskiego, dzisiaj, gdy już świetnie wiemy co obaj sobą politycznie reprezentują, to tylko dlatego, że są medialni. Bo wyłącznie taka jest ich wartość - i dla PiSu, i dla Platformy. Tęsknota za Marcinkiewiczem i Sikorskim to wyłącznie tęsknota za pustym pijarem, bez treści, ale gwarantującym sympatię mediów. Tymczasem ja z każdym dniem "nowego" politycznego życia obu panów, utwierdzam się w przekonaniu, że akurat za nimi nie ma powodu tęsknić, bo ich miejsce jest w partii bezideowej. PiS nie umie wykorzystać swoich zasobów, ale wcale nie wtedy gdy pozwala odejść takim politycznym wydmuszkom jak Marcinkiewicz, czy kameleonom jak Sikorski, ale wtedy gdy nie daje okazji do rozwinięcia skrzydeł takim politykom jak Ołdakowski czy Kowal, autentyczne skarby. To jakie błędy kadrowe wytyka Kaczyńskiemu Migalski jest dla mnie znamienne, bo widzi je wyłącznie tam, gdzie strata była tylko wizerunkowa.
Jeśli ktoś uważa, że Migalski miał prawo wierzyć, że publikując ten list - taki list - wykonuje gest, którego efekty mogą być pozytywne i sprowokować szczerą wewnątrzpartyjną dyskusję z Kaczyńskim (a nie o Kaczyńskim), to zamieniam się w słuch, bo ja sobie tego nie wyobrażam. Ale może nie znam Kaczyńskiego (bo nie znam), może faktycznie ten list miał szansę stać się początkiem czegoś pozytywnego, tylko mi wyobraźni nie starcza i widzę w nim wyłącznie polityczną ilustrację znanego przysłowia o pochyłym drzewie i kozach. Migalski wypuścił próbny balon, od stopnia zachwytu jego listem (czy będzie to tylko ogromny entuzjazm, czy pełna ekstaza), zależą dalsze kroki buntowników. Pochowani po kątach, knujący do tej pory w milczeniu, będą się teraz wsłuchiwać w reakcje i kalkulować, czy już można wystąpić otwarcie, czy na ostateczne rozwiązanie trzeba jeszcze poczekać.
Bez względu na to, jak się to wszystko dalej potoczy, wybór między Kaczyńskim a Migalskim to kiepski wybór. Kaczyński, jeśli się nie otrząśnie (piszę bez złośliwości, w przeciwieństwie do większości, nie zapominam, że Kaczyński naprawdę ma się z czego otrząsać), być może będzie dożywotnio szefem największej partii opozycyjnej, być może nawet będzie ona miała spore poparcie, ale dla obywatela będzie bezużyteczna, zajmując się tylko sobą, lub kolejnymi podrzucanymi przez władzę tematami zastępczymi. Dla wyborcy nie będzie miało większego znaczenia ile osób będzie pobierać poselską dietę za coraz bardziej jałowe tkwienie na marginesie polityki. A jeśli się Migalskiemu uda i poderwie do boju wystarczająco licznych buntowników, żeby Kaczyńskiego obalić? Cóż, zyskamy opozycję, której już się nie odmawia racji bytu, ale równie bezużyteczną. Bo jakoś nie wierzę, że Migalski i jego koledzy będą umieli zbudować coś, co jakościowo będzie od PiSu lepsze i - to ważniejsze - skuteczniejsze. Bo to, że będzie bardziej lubiane mi nie wystarcza. Szkoda, że mam wrażenie, że dla wielu już tylko o to toczy się gra.
Mam więc mieszane uczucia. Z jednej strony zgadzam się z diagnozą, bo sytuacja jest beznadziejna, z drugiej zaś - nie mam za grosz zaufania do intencji kogoś kto wybrał taką formę. Ale jakaś część mnie nie miałaby nic przeciwko temu, żeby Kaczyński odszedł. W sumie skoro i tak niewielki pożytek jest i będzie z PiSu (niezależnie od personaliów), to chciałabym się przynajmniej przekonać na co stać ludzi, których możliwości najwyraźniej przerasta bezpośrednia, szczera rozmowa z szefem. Którego dopiero co nam z takim zaangażowaniem wciskali.
Może więc Kaczyński powinien odejść i dać się młodym gniewnym sprawdzić? Może faktycznie bez niego PiS święciłby triumfy? Osobiście wątpię, bo przy wszystkich wadach Kaczyńskiego, to jego w polityce brakowałoby dużo bardziej niż wszystkich jego krytyków razem wziętych. I to właściwie jedyny powód dla którego trudno jest mi obserwować to co się dzieje z rozbawieniem, na jakie cała ta sytuacja zasługuje. Szkoda Polski, zbiorowym wysiłkiem wszystkich polityków PiSu, zostanie na lata pozbawiona opozycji, a ta, przy tych rządach, i przyszłych rządach PO-SLD, jest potrzebna jak nigdy dotąd.
kataryna
List Migalskiego
24.08.2010r.
http://kataryna.blox.pl/html