Skamielina
/humoreska/
Jan nabył ów dziwny słój po okazyjnej cenie na kiermaszu w klubie. Po barbecue z kiełbaskami i piwem wszystkim kurzyło się z czubków, może dlatego pewien zażywny jegomość kiwnął na Jana porozumiewawczo. I na uboczu pokazał mu szkalny słój, a w nim coś co przypominało zwoje mózgowe pływające w spirytusie. - Tak, tak - wyjaśnił widząc minę Jana - to jest właśnie mózg Prezesa! Kiedyś znanego z nadzwyczajnej żywotności... Ale i na niego przyszła kryska! - westchnął. I przeżegnał się: - Świeć Panie nad jego światłym umysłem, co to była za głowa! Jego przemówienia porywały serce... A ile rezolucji napisał!
-Co pan powie! A ludzie mówią, że pomagał mu w tym Rzecznik!
To plotka! Rzecznik nie miał pojęcia, to Prezes szlifował mu teksty... Miał doświadczenie po tamtej szkole, no wie pan... Ale do rzeczy, może pan szanowny kupiłby to kuriozum?
-Oh, cóż mi po tym? Ale właściwie dlaczego pozbywacie się takiej pamiątki? To powinno być w muzeum waszego klubu!
Racja! Ale nie pasuje to nowemu prezesowi, chyba zazdrosny! A powiada, że w tych czasach nie uchodzi taki kult jednostki...
-Rozumiem...
A nawet polecił mi wyrzucić słój na śmietnik, ale ja wolę odstąpić go komuś, kto doceni taką pamiątkę...
-Ile pan sobie życzy?
Nie za dużo, ale nie za mało... Sam pan wie, benzyna drożeje, a nawet banany!
-To za kilo bananów będzie OK?
Hm... czy ja wiem? Zaskoczył mnie pan...
-Akurat mam ze sobą banany, nawet ocś ponad kilo!
No to dawaj pan, byle nie zgniłe!
-Są świeżutkie, prosto z drzewa...
I tak Jan stał się posiadaczem słoju z mózgiem Prezesa. Postawił go na najwyższej półce w salonie, między tomami encyklopedii. To było odpowiednie miejsce dla takiego eksponatu. Kiedy podejmował kolegów, wznoszono czasem toasty za wiekuiste zdrówko zdrówko Prezesa, a w domu Jana spotykali się też ciekawscy, którzy pragnęli zobaczyć cerebrum słynnej kiedyś postaci.
Wiesz? - powiedziała mu żona - powinieneś wpuszczać tylko za biletami, jak do muzeum...
Ale Janowi było wszystko jedno, a zresztą goście przychodzili z butelkami whisky i opróżniali je razem, weseląc się przy kielichu.
Nie brakowało oczywiście toastów za wiekuisty spoczynek szarych komórek Prezesa. Pewnego wieczoru, jeden z kolegów wyśmiał jednak dostojne szczątki.
-To nie mózg, to skamielina... - wołał - ja piję za śliczne oczy Joaśki!
Joaśka, żona Jana, też zbuntowała się i pewnego dnia postawiła sprawę na ostrzu noża:
- Albo wyniesiesz to świństwo do garażu, albo nie wpuszczę cię do łóżka!
Ależ kochanie... No coś takiego!
- A tak, nie mogę patrzeć na tę skamielinę... Na wymioty się zbiera!
Jan ustąpił. Ostatecznie kochał swoją Joaśkę i nie wyobrażał sobie nocy spędzonej bez atłasów jej ponętnego ciała. Słój z mózgiem Prezesa powędrował więc do garażu, a tam okryty kurzem, uległ zapomnieniu.
Po kilku latach firmę prowadzoną przez Jana dotknęło bankructwo. Musiał sprzedać dom. Przeniśli się na mniejsze mieszkanie, co było frustracją dla obojga. Przy przeprowadzce należało pozbyć się wileu rzeczy, a sprzątając garaż Jan odkrył zakurzony słój z nadal nienaruszoną skamieliną mózgu.
- Co z tym zrobić Joasiu!
A wywal do śmieci!
- No wiesz, mimo wszystko... Tp mózg Prezesa...
Kogo? - parsknęła - nie powiem co o tym myślę!
- Dobrze, pozbędę się tego... Moja w tym głowa!
Odkurzył słój, wypucował do połysku. Potem przykleił etykietkę. Pomyślał chwilę i pięknymi literami wykaligrafował po angielsku: MÓZG KAPITANA COOKA (cudownie ocalony). Zapakował słój do torby i starannie ułożył w bagażniku. Kiedy zajechał przed witrynę Money Lent, zaczął padać deszcz.
- How can I help you?
Oh, przynoszę rzadki zabytek... i Jan odsłonił etykietkę.
- Oh, coś takiego! Gdzie to znalazłeś?
Kupiłem kiedyś od kolekcjonera...
- Eee, to lipa...
Skąd, słój jest z XVIII-wieku...
- Dobra, a mózg? A zresztą weźmiemy, pewnie kupi ktoś dla hecy! Mogę ci dać tylko sto dolców...
Tylko sto? - skrzywił się Jan, w duchu jednak uradowany. Tyle forsy wracało mu się za jedno kilo bananów! - ni niech będzie...
Schował banknot, wyszedł w pośpiechu, aby kupujący nie zmienił zdania. Zacinał deszcz, pobiegł do samochpdu. Wracał do domu jak w skowronkach. Kiedy opowiedział żonie o transakcji, dostała ataku śmiechu.
- Jasiu, toż Cooka zjedli ludożercy na Hawajach! I pewnie wraz z móżdżkiem...
Wiem, kochanie. Ale zrobiłem dopisek: "cudownie ocalony", znaczy się, że jednak jego cerebrum ocalało... I oni na to poszli! Prezes awansował na kapitana... - i z rodości nalał sobie kielicha. - Musimy to oblać!
Marek Baterowicz
19. 09. 2006r.
RODAKpress