"Długi marsz przeciwko mitom" - Odnotowane - Długi marsz przeciw mitom Pani Halki

* Początek marszu
* Etap1- promocja
* Etap2-wspólnota








"Długi marsz przeciwko mitom"
projekt realizowany przez Bez dekretu i RODAKpress

„jeżeli po Pani komentarzu, jeszcze ktoś nie będzie rozumiał o co chodzi, to kiep.”
Długi marsz przeciw mitom Pani Halki

Aleksander Ścios:
W moim odczuciu, takie świadectwo ma kolosalną wartość dla ludzi szukających własnej drogi do wolnej Polski. ...
Pani Halko. ... Zapewniam też, że Pani nie musi już czytać bezdekretu :) Autor bloga i Czytelnicy powinni od Pani uczyć się długiego marszu.

Wpis w komentarzach na blogu Bezdekretu
https://bezdekretu.blogspot.com/2018/05/faszywa-alternatywa-2terapia.html?showComment=1527671284687#c6395867136234082809

Witam wszystkich bardzo serdecznie.

Panie Aleksandrze Ścios! O masz ci los! „…, jest doskonałym przykładem mądrej i dalekowzrocznej postawy”. Nie napisał Pan, że to „wszystko Pańska wina”!!! Bo jak się człowiek naczyta „Bezdekretu”, to potem są tego, takie właśnie skutki.

Ustosunkuję się do tego fragmentu komentarza Aleksander Ścios 2018 12: 56 do Jeremiasz Późny, tak.
Ze względu tylko i wyłącznie na dobro sprawy, tytaniczną pracę p. Ściosa, uznałam, że dając takie moje nieporadne świadectwo, potwierdzę, że autor tego bloga pisze prawdę i że ma głęboki sens, to co robi i pisze. I być może Państwo z tego zrobią jakiś właściwy użytek, by odzyskać naszą Niepodległą!

Szanowni komentatorzy, ci jawnie komentujący i ci dyskretni, proszę mnie dobrze, prawdziwie zrozumieć. Pisząc ten komentarz proszę mnie absolutnie nie odbierać, jako osoby, która „przeżarła coś na własnej dupie” i teraz się tu mądrzy, bo rozbiła bank. Tak nie jest! I nie w tym rzecz.

Panie Aleksandrze, Panu tego tłumaczyć nie trzeba, Pan to wszystko – co tu na pisałam – wie z naszych prywatnych korespondencji.

Ale do rzeczy.
Chce Państwu powiedzieć, że… Gdzieś tam 6 lat temu tak potoczyło się moje życie, że osiadłam na takim sielskim, swojskim zadupiu. Zaznaczam już teraz, że nie osiadłam absolutnie z takim zamiarem, z jakim jestem „tu i teraz”, czyli aby zaorać IIIRP. Raczej chciałam tak osiąść na „wsi spokojna, wsi wesoła” i tak przepykać sprytnie czas, ukryć się do momentu, aż wreszcie ziści się to, o czym od lat przypomina przy każdej okazji Pan Ścios. Czyli, że przyjdzie „taki” moment, w którym to wzbudzi się w jakiejś części IIIRP ruch oddolny, który to obali tę IIIRP. I ja tak czekałam, „czając się w krzakach” i wśród mojej uprawy ekologicznej warzyw i owoców. Niestety nie długo mi dane było tak czekać, bo splot wydarzeń tak się ułożył – a mój wrodzony dar do „detonacji” mi pomógł w tym - że w jednej chwili zadarłam z całym takim można powiedzieć „klanem Brejzów” z UWAGA z ramienia PiS!!! A tak tak i 90% społeczności lokalnej zaczadzonych dżumą tych psubratów. A wszystko to wyhodował przez lata twór IIIRP na terenie, na którym przyszło mi żyć. Z woli Bożej tak się poukładało moje życie, że wraz ze mną „na pieńku” – chcieli nie chcieli, ale – miało jeszcze kilka miejscowych osób. W pewnym momencie sprawy zaszły już tak daleko, że mieliśmy do wyboru. Albo zostać zmasakrowanym przez tych bydlaków, bo ja wiem np. lincz lub tzw. śmierć cywilna albo przejść do ataku.

Chyba najgorsze w tym wszystkim było to, że:
- nie jacyś ateiści, muzułmanie nas niszczyli, ale najprawdziwsi nominalni chrześcijanie, ochrzczeni, deklarujący się na katolików. Tzw. Świętojebliwcy.
- nie margines społeczny, gangsterzy, bandyci i złodzieje, geje, ale ludzie mający się za porządnych, dobrze sytuowani, w miarę wykształceni, w tym przedstawiciele lokalnych urzędów (burmistrz, radny, sołtys) przeskoczywszy z PO, SLD, PSL w PiS.
- nie ktoś, o kimś się zwykło mawiać: „osoba bez znaczenia”, ale ludzie, którzy winni być autorytetami z racji swej profesji, piastowanych stanowisk a więc dyrektor szkoły, wielu nauczycieli.
- wreszcie nie obcokrajowcy, ale krajanie, rodacy, „ziomale”, a że świętujący rok rocznie Dzień niepodległości, zdawać by się mogło, że i patrioci.

Wiedziałam:
- że szukanie sprawiedliwości, prawdy wśród tubylców, jest z góry skazane na niepowodzenie,
- że jest to zachowanie typowe dla ludności, gdzie brak postaw ludzkich, bo z ofiary zaraz robi się kata a z kata ofiarę i to strasznie, niesprawiedliwie pokrzywdzoną,
- że katom się tu stawia wręcz pomniki za życia.
Ot. Cała IIIRP w skali mikro!

To, co stało się dalej, nie miałoby prawa zadziałać bez boskiej pomocy, interwencji. Piszę to z całą odpowiedzialnością i mam to gdzieś, czy to ktoś przyswoi czy nie. Dla mnie takie są fakty. „Moje wojsko” składało się z 6 osób. Mnie, antyklerykałki, antypisiora, jego żony i jeszcze 2 innych apatrydów. Dalej już było trochę jak u Asnyka: „odwaga tchnąca szałem, która na oślep leci bez oręża”. Ale cóż było robić? Nie podjęcie walki równoznaczne było z infamią i życiem w kłamstwie, niesławie. Zaś „lot bez oręża” dawał choćby nikłą szansę na zmianę naszego tragicznego status quo. Uznałam, że nawet jeśli przegramy, to przynajmniej próbowałam... Zrozumiałam wówczas jedno z wielu prawideł:
„Zrozumiałam, że gdy ludzie znają całkowicie, prawdziwie, wszelkie konsekwencje, jakie mogą im grozić w danej sprawie, to są gotowi przełamać najgorszy strach, byleby tylko nie ulec niesłusznemu pohańbieniu”.
Moja załoga – czy miała tego świadomość czy nie – piorunem reorganizowała swoje postawy moralne, etyczne, światopoglądowe, polityczne. Zostali do tego wręcz zadarci za ryje wobec zaistniałej sytuacji.

Przez rok czasu „z hakiem” wiedliśmy życie – wiadomo nie dosłownie, ale jednak - outsiderów, skazanych na banicje przez tych psubratów! Ale ile przez ten czas napsuliśmy krwi tym psubratom, ile im tam szyków powywracaliśmy i jak zamieszaliśmy w tym garze ujawniając ICH pospólstwa, to nasze. Jedno jest pewne. ONI się już nigdy nie odnajdą tak, by było „po staremu”. I choć nie udało się psubratów przegnać, niejeden cwaniak draśnięty nie został, ani tym bardziej dobity, ale to, co się udało, to „to”, o czym napisał mi któregoś dnia prywatnie p. Ścios:, „Jeśli więc odważyli się Pani pomóc (ta moja załoga 5 osób – przypis mój) i przekonali o dobrych efektach swojej "rewolucji", są na dobrej drodze do uwolnienia z tych ograniczeń. I to za Pani sprawą. Nie wiem, jak potoczy się sytuacja, ale podejrzewam, że tchórze, (bo tylko tacy tworzą owe sitwy) odpuszczą. Tak robią zawsze, gdy napotkają stanowczy opór”.

A pewnie, że nie uwierzyłam p. Sciosowi, że tak będzie, ale czas pokazał, że tak – o dziwo!!! - Właśnie się stało! Ścios miał rację! Mój Boże który to już raz?

Naturalnie sitwa odpuściła, ale ludność miejscowa dalej zapatrzona (czy to ze strachu przed zemstą psubratów, czy z lęku przed utratą profitów, czy też z braku używania rozumu), dalej szczuła na mnie i moją załogę.

Dlatego też tak 3 lata temu – w tamtej chwili wydało mi się to… - zrobiłam coś tak banalnego, że aż żałosnego. Ruszyłam w dosłownie długi marsz! Marsz na wylot wsi. A tak. Tam i z powrotem! I na przekór wszystkim, wymyśliłam sobie, że będę każdemu tak ostentacyjnie mówiła „Dzień dobry!”. Z tyłu głowy miałam, że może mi nie wbiją wideł w dupę. Nie wychodziłam nigdy bez modlitwy do Świętego Michała Archanioła. Uznałam, że skoro bez powodu mnie nienawidzą, to niechże, chociaż mają powód do nienawiści – widząc mnie codziennie podczas marszu w moim zabójczym kapeluszu! Tak założyłam sobie, że w czasie 2-3 miesięcy powinni porzygać się moim widokiem, co do nogi. A żeby zająć sobie czymś myśli i nie dać się ewentualnie sprowokować, to sobie mówiłam podczas spaceru „Zdrowaś Maryjo”.

Następnego dnia zrobiłam to samo – kolejny spacer. I następnego... I tak do dziś.
Oczywiście to, co działo się dalej dla kogoś, kto funkcjonuje, na co dzień w normalnej społeczności – o ile taka jeszcze w IIIRP jest - nie będzie to żadne WoW. Ale Państwo – już z grubsza - teraz wiecie, na jakiej „niwie” przyszło mi „orać”/ siać i żniwować. Z czasem te drobne kroczki, które zdaje się zaczęły przynosić zupełnie nagle efekty, pokazują mi tylko jak fundamentalne dla mnie (i nie tylko) było wyjście któregoś dnia na zwykły spacer, po mojej wsi. Mowy nie ma tu o „daninie krwi”, no może potu, bo to teren obfitujący w góry i pagórki wiec... W każdym razie danina krwi jeszcze nie teraz. Ale na początku „długiego marszu” rozlew krwi nie jest wcale potrzebny. Zresztą tak lekkomyślne trwonienie krwi w początkowej fazie, byłoby zgubne, szalone, głupie. Niepotrzebne, nieopłacalne. Ot „Długi marsz na Dzień dobry” bez rozlewu krwi.

***
Początkowo reakcja mieszkańców na te moje przemierzanie wsi, tak głównie tych chodzących do kościoła, bo ich jest najwięcej – zwłaszcza ludzi starszych - była przeróżna. Tu nikt nie spaceruje, bo nie ma chodnika, a jeżdżą jak po autostradzie. Każdy się boi nosa za furtkę wystawić, a co dopiero maszerować. O tym, że piractwo ma się tu dobrze niech świadczą szczury i koty porozjeżdżane, i słupy porozwalane, i wypadki 2-3 w miesiącu. Bywa, że śmiertelne, tragiczne!
Miałam wrażenie, że tylko miejscowe pijaczki na swój sposób mnie akceptują i nawet im ulżyło. Z prostej przyczyny. Teraz już nie oni byli w najniższej „kaście” we wsi. Obserwowałam, więc jak jedni mieszkańcy w pogardzie odwracają głowę, gdy przechodzę, drudzy udają, że nie widzą, inni rozmowy ucinali, gdy nadchodziłam, po czym wznawiali (na mój temat), gdy przechodziłam. Jeszcze inni coś burczeli pod nosem, jakieś skinienie głowy. Byli i tacy, co jak już odpowiadali na moje dzień dobry, bo nie wypadało inaczej, to tak jakby ich jakaś kara za to miała spotkać, np.: zarażenie trądem. A ja chodziłam i obserwowałam. Przez ten czas poznałam dość dobrze, kto, gdzie, kiedy, z kim i dlaczego? Analizowałam, bo chciałam...? No właśnie, co ja chciałam? Przecież wiem, dlaczego taka nienawiść w obywatelach zamieszkujących teren IIIRP?!

Teraz to już trzeci rok jak „maszeruję”. W piękna pogodę i w brzydką. Jak tylko mi czas na to pozwala, ale staram się codziennie, urządzam te moje spacery przez wieś. Na wylot. To podczas tego mojego marszu zauważyłam, że konieczne jest we wsi zrobić „to”, „to” i „tamto”. Kilku mieszkańców podłapało temat. Zaczęli mi pomagać. Jedni być może z wyrzutów sumienia, inni widząc w tym głębszy sens. Ujawniliśmy tym samym po kolei prywatę, opieszałość, nieróbstwo tych „leniwców” z klanu Brejzy. Ale „to” wszystko, robiłam tylko tak przy okazji, bo nie „to” było przecież moim najważniejszym celem podczas spacerów, prawda? Chodziło o zintegrowanie tubylczej ludności ale na fundamencie prawdy, bezinteresowności itp.

Realia są takie na dzień dzisiejszy. Ogólnie obserwuję, że wielu mieszkańców - tak po kolei - w przedziwny sposób pozytywnie ewoluuje. Czasem trudno mi w to uwierzyć. Czasem mnie nawet urzekają, ale jestem mimo wszystko ostrożna, powściągliwa w ocenie. Tak bardzo pragnęłabym, by ta przemiana trwała i rozciągała się na innych. Bo co wiem jeszcze?

Moje działanie nie mogło ujść uwadze nawet największym zaślepieńcom. A podział na MY (ja i moja załoga apatrydów) i ONI (psubraty, które zaprzęgły się dla własnych profitów do kieratu IIIRP) jest tu fundamentalny. Czyn i ciągła modlitwa na różańcu zaczęły przynosić pomalutku efekty. Jakie? Zaczęłam sobie zjednywać powolutku tę ludność, która z wolna, po kolei zaczyna rozumieć, że to ja „OBCA” – ha nazwali mnie PRZYBŁEDĄ – chce dla nich dobra, że zrobiła dla nich więcej niż niejeden rdzenny mieszkaniec za swego długiego życia, zaś Ci, których ludność miejscowa uważała za SWOICH – inaczej wyjść nie mogło – okazaliście być PODŁOTAMI. Naturalnie, że każdego dnia trwa bój. Jest zmaganie. Czasem idzie coś nie tak, czasem mam zwątpienia, czy to, co robię ma sens? Ale przychodzą też chwile, że serce mi rośnie, gdy słyszę np. tekst: „Tu jest patologia, a Pani narobiła tu takiego szumu, że może coś się zmieni”. Bezcenne jest nawet słowo miejscowego acz nieszkodliwego zatraceńca – pijaczyny p. Antoniego, który złapał któregoś dnia moją dłoń na środku drogi, ucałował ją z szacunkiem i dodał: „a ja Panią zawsze szanowałem! Pani któregoś dnia się pojawiła w naszej wsi i wszystko się tu zmieniło”. Tym bardziej ważne jest każde dobre słowo, bo zawsze znajdą się – zwłaszcza gówniarze, wyrostki, rodziców, którym przywaliłam w odcisk, a będących w klanie Brejzów – którzy szczują. Ale wiem jedno. Zatrzymać mi się w długim marszu już nie wolno!

Ostatnio całkiem nie dawno koniecznym było dokonanie jeszcze jednego podziału. Tym razem MY (a bo ja wiem, może już około 30 osób, które przekonały się, że moja oferta jest bez porównania lepsza od oferty ONYCH (gowniarzeri, mściwych gnojków ich rodziców, karierowiczów, czymś haczonych, lub kwiczących na posadkach urzędniczych, „stukaczek”, na które żal patrzeć, gdy przed utratą posadki w urzędzie, są gotowe odstawiać telemarki przed burmistrzem, a nade wszystko dbać tylko o interes prywatny).
O tym, że podział już się dokonał, niech świadczy wpis na FB jednego z ONYCH. Cytuję dosłownie, więc proszę się nie przerażać ani nie gorszyć, ale takie są realia:
„Była wieś spokojna, to się kurw za dużo tu sprowadziło i teraz jest tak…”. Inny drań mu wtórował, ale jakże: „To, że się kurwy tu sprowadziły to jest chuj! Najgorsze jest to, że niektórzy mieszkańcy są po stronie tych kurew!”. Miałam wewnętrzną radość, bo to jakiś mój połowiczny sukces jednak być musiał, że z grupy tego drania zawierającej 203 członków tylko jednego dnia odeszło lub zostało wyrzuconych 62. To byli zdaje się „ci niektórzy”.

Po ludzku brak nadziei na zmiany (przemianę serc mieszkańców), a z drugiej strony, jakby wszystko było możliwe. Na chwilę obecną na 700 mieszkańców: „Dzień dobry!” nie mówią mi może 3 osoby! Ktoś zauważył: „Halka aleś ich wytresowała!”. Mało tego w wielu przypadkach mówią do mnie Dzień dobry! – jako PIERWSI! Takich czasów dożyłam.

Dałby Bóg sił, bym domaszerowała/ dożyła – rzecz jasna nie sama, ale wśród ludzi prawych, szlachetnych, kochających Polskę - do Niepodległej. Czego Państwu i sobie życze.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.

Halka

Chryste Panie, chciałoby się poznać Panią osobiście :); zwłaszcza gdy przezywam podobne osamotnienie z powodu nie skrywania swoich poglądów politycznych. Serdeczności.
PS Egzemplifikacje zachowań przekonują, jak zawsze, najbardziej.

Pani Halko,

Trudno o lepszy przykład dla nas Maszerujących.
Jeżeli po Pani komentarzu jeszcze ktoś nie będzie rozumiał o co chodzi naszemu Gospodarzowi, to kiep.

Kapelusza uchylam i życzę sił większych niż te wraże

Szanowna Pani Halko,

pragnę pogratulować odwagi, a szczególnie ogromnej życzliwości w stosunku do obcych przecież ale także często wrogo ustosunkowanych do Pani współmieszkańców. Życzę również, aby nadszedł czas kiedy będą Panią przepraszać za swoją wrogość i nieżyczliwość na początku. Jak więc widać ludzie generalnie nie są żli, trzeba "tylko" poświęcenia i ciężkiej pracy z naszej strony aby stali się na powrót Polakami.

Pozdrawiam Panią

Pani Halko,

Przyznaję-bardzo liczyłem, że zechce Pani odpowiedzieć na moją „zaczepkę” :)
Nie śmiałem jednak wierzyć, że tak obszernie i sugestywnie przedstawi Pani swój długi marsz.
Serdecznie za to dziękuję.
Moje pisanie na ten temat, obraca się wyłącznie wokół teorii i odwołuje do przymiotów intelektu.
Pani świadectwo jest stokroć ważniejsze, bo wypływa z osobistych doświadczeń i dotyczy konkretnych, realnych sytuacji. Przemawia do serca i do rozumu. Czytając je, można uwierzyć, że warto i trzeba podjąć taki trud.
Jest jest bezsprzecznym dowodem, że mądry upór, odwaga i konsekwencja, potrafią przełamać niejedną barierę. Nawet tę największą, bo wytyczoną w ludzkich sercach i umysłach.
W moim odczuciu, takie świadectwo ma kolosalną wartość dla ludzi szukających własnej drogi do wolnej Polski.
Jak napisał Pan Mirosław - „jeżeli po Pani komentarzu, jeszcze ktoś nie będzie rozumiał o co chodzi, to kiep.”
Pani Halko. Życzę Bożego wsparcia, wielu sił i wytrwałości.
Zapewniam też, że Pani nie musi już czytać bezdekretu :) Autor bloga i Czytelnicy powinni od Pani uczyć się długiego marszu.

Pozdrawiam serdecznie

01.06.2018r.
RODAKpress

 



 

RUCH RODAKÓW: O Ruchu - Dołącz do nas - Aktualności RR - Nasze drogi - Czytelnia RR
RODAKpress: W skrócie - RODAKvision - Rodakwave - Galeria - Animacje - Linki - Kontakt
COPYRIGHT: RODAKnet

 

aktualnosci rr dolacz do nas o ruchu rodakow nasze drogi czytelnia ruchu rodakow